Właściwie mógłbym napisać tutaj całkiem długi post, jednak istotą tego wpisu jest coś zupełnie innego, zatem krótko: W związku z wymianą oprogramowania do tworzenia muzyki na dużo prostsze i bardzo przyzwoicie dostosowane do screen-readerów, niniejszym otwieram swój profil w serwisie soundcloud. Aktualnie znajdują się tam 3 bity mojego autorstwa (stan na sobotę 12 lutego), z czasem będzie można odsłuchać kolejne. Adres profilu to http://soundcloud.com/witostr/
Serdecznie zapraszam. Wszelkie konstruktywne opinie mile widziane. Miłego słuchania.
wtorek, 8 lutego 2011
piątek, 28 stycznia 2011
"O rapie dziwne rzeczy..." - cz. 1
Doszedłem do wniosku, że najlepszym sposobem na zmotywowanie się do sprawdzania wszystkich polskich rapowych produkcji w tym roku będzie stworzenie cyklu, w którym o każdym albumie napiszę kilka słów. Nie będą to recenzje, nie będą też promocyjne opisy, pewnie będę się czepiał różnych rzeczy, jak to ja, niemniej wszystko z należytym szacunkiem.
Co zatem na pierwszy ogień? Mamy już 2 albumy, Szad "21 gramów" i VNM "De nekst best".
Szad: Cóż z tego, że bity dobre, wiele z gatunku tych, które lubię najbardziej, że teksty mają technicznie moc, choć czasem nieco gubi się wśród tej techniki treść, skoro jeden, tak niewiele z pozoru znaczący element przeważa szalę i powoduje, że do płyty najpewniej nie będę wracał. A co to za element? Ano brzmienie proszę Państwa. Spora część wokali brzmi jakby nagrywane były nie wiedzieć gdzie i nie wiadomo na czym, gdzieniegdzie całość potraktowana jest tak ohydną kompresją, że realizatorowi najchętniej zakazałbym wykonywania zawodu. Brzmi to trochę jak zlepek kilku nowych i kilku nieco starszych kawałków, przy czym te drugie z szacunku dla uszu słuchaczy Szad powinien wg mnie nagrać ponownie, na przyzwoitym sprzęcie. Jeśli taki był zamysł i właśnie tak miało to brzmieć, to ja przyznaję, nie czuję klimatu i na pewno co najmniej 2 osoby mniej kupią oryginał. A szkoda, bo, jak napisałem, materiał jeśli chodzi o warstwę muzyczno-liryczną całkiem konkretny.
VNM: 2 single zapowiadające album powiedziały do mnie: Musisz przesłuchać "De nekst best". Tak też uczyniłem, mimo lekkiej alergii na głos reprezentanta Prosto. Zalety? do 6 kawałka, może z wyjątkiem "Flaj", które, choć trzyma poziom, jest chyba nie dla mnie, po części ze względu na bit Volta, chłonąłem każdy wers z myślą "Chcę więcej takich płyt". Co zatem stało się później? Stało się mianowicie nieco monotematycznie. Pierwszy kawałek o tym jak było w podziemiu i jaką drogę VNM przeszedł był ok, drugi może jeszcze też, ale trzeci i czwarty już zdecydowanie nie. Mam chyba dość wygórowane oczekiwania co do śpiewanych refrenów, tutaj podołał im, co ciekawe, jedynie gospodarz. Niemniej "Flesze" dołączyłbym do zestawu opisanego na starcie, oczywiście po odpowiedniej edycji. Podobnie K2. Ostatecznie numerów jakby stricte dla mnie jest tu niemało, w sumie wyrzuciłbym 2 tracki o podziemiu i wyszłaby nieco krótsza, ale za to pozbawiona słabych punktów płyta. W ogólnej klasyfikacji stawiam bardzo wysoko.
Co zatem na pierwszy ogień? Mamy już 2 albumy, Szad "21 gramów" i VNM "De nekst best".
Szad: Cóż z tego, że bity dobre, wiele z gatunku tych, które lubię najbardziej, że teksty mają technicznie moc, choć czasem nieco gubi się wśród tej techniki treść, skoro jeden, tak niewiele z pozoru znaczący element przeważa szalę i powoduje, że do płyty najpewniej nie będę wracał. A co to za element? Ano brzmienie proszę Państwa. Spora część wokali brzmi jakby nagrywane były nie wiedzieć gdzie i nie wiadomo na czym, gdzieniegdzie całość potraktowana jest tak ohydną kompresją, że realizatorowi najchętniej zakazałbym wykonywania zawodu. Brzmi to trochę jak zlepek kilku nowych i kilku nieco starszych kawałków, przy czym te drugie z szacunku dla uszu słuchaczy Szad powinien wg mnie nagrać ponownie, na przyzwoitym sprzęcie. Jeśli taki był zamysł i właśnie tak miało to brzmieć, to ja przyznaję, nie czuję klimatu i na pewno co najmniej 2 osoby mniej kupią oryginał. A szkoda, bo, jak napisałem, materiał jeśli chodzi o warstwę muzyczno-liryczną całkiem konkretny.
VNM: 2 single zapowiadające album powiedziały do mnie: Musisz przesłuchać "De nekst best". Tak też uczyniłem, mimo lekkiej alergii na głos reprezentanta Prosto. Zalety? do 6 kawałka, może z wyjątkiem "Flaj", które, choć trzyma poziom, jest chyba nie dla mnie, po części ze względu na bit Volta, chłonąłem każdy wers z myślą "Chcę więcej takich płyt". Co zatem stało się później? Stało się mianowicie nieco monotematycznie. Pierwszy kawałek o tym jak było w podziemiu i jaką drogę VNM przeszedł był ok, drugi może jeszcze też, ale trzeci i czwarty już zdecydowanie nie. Mam chyba dość wygórowane oczekiwania co do śpiewanych refrenów, tutaj podołał im, co ciekawe, jedynie gospodarz. Niemniej "Flesze" dołączyłbym do zestawu opisanego na starcie, oczywiście po odpowiedniej edycji. Podobnie K2. Ostatecznie numerów jakby stricte dla mnie jest tu niemało, w sumie wyrzuciłbym 2 tracki o podziemiu i wyszłaby nieco krótsza, ale za to pozbawiona słabych punktów płyta. W ogólnej klasyfikacji stawiam bardzo wysoko.
czwartek, 2 grudnia 2010
"Haelucenogenoklektyzm" - coś na kształt analizy i interpretacji
Od momentu, kiedy wreszcie przesłuchałem od początku do końca pierwszy solowy album LUCa, zachęcam czasem niektórych znajomych do zapoznania się z nim. Okazuje się jednak, że dla ogromnej większości "Przypowieść o zagubieniu w czasoprzestrzeni" jest kompletnie abstrakcyjna i zwyczajnie nie wiedzą oni, o co chodzi. Dlatego też postanowiłem podjąć się tego nieco dziwnego i niełatwego zadania i napisać jak ja rozumiem te 25 utworów.
Wita nas nieco kosmiczne intro, o którym nie umiem zbyt wiele powiedzieć, dla mnie to po prostu wprowadzenie do świata abstrakcji i przeróżnych pomysłów autora. Podobny cel ma "Stan haelucynogenny", Gdzie Luc delikatnie daje do zrozumienia czego się możemy spodziewać i proponuje "Czuj zwyczajnie, nie pytaj i nie wnikaj". I tu się zaczyna: budzimy się wraz z autorem na środku jakiejś drogi. Skąd się tam wzieliśmy? Nie wiadomo, ale nie to jest istotne. LUC zauważa, że skoro to przelotowa trasa, to już dawno powinien zostać rozjechany przez jakiś samochód, co jednak nie następuje. Nie ma nikogo wokół, nic nie słychać. Po chwili zastanowienia, korzystając z kosmicznej wiedzy, autor konstatuje, że ludzie zostali porwani przez mieszkańców planety wodorostów. On sam, dzięki swoim kontaktom, został na Ziemi i ma do dyspozycji całe puste miasto. Niby to raj, można robić wszystko, co tylko przyjdzie człowiekowi do głowy, nie ma nikogo, kto mógłby za cokolwiek ukarać czy czegokolwiek zabronić. Po jakimś czasie jednak nie wygląda to już tak różowo. Zaczyna dokuczać samotność i w pewnym momencie LUC uznaje, że trzeba odbić ludzi z rąk kosmitów. Nie wiem zupełnie o co chodzi ze słowami dziadka, następny utwór natomiast jest już odniesieniem poprzedniej abstrakcyjnej wizji do ziemskich realiów. Coraz więcej ludzi daje się "porwać" jakimś kosmitom, mamy dla siebie coraz mniej czasu, "Wszyscy oddalamy się od siebie". Ta płyta to próba zmiany tego stanu rzeczy. "Gdzież Wyście są wszyscy? Ja jestem" - nawołuje LUC w następnym, maksymalnie wygiętym tworze. Nie koniec na tym refleksji o Ziemianach. Skoro nie ma ludzi, to przyjrzyjmy się temu, co po nich zostało. Zatem podróżujemy, a właściwie rozbijamy się z LUCem po pustym mieście przeróżnymi samochodami. Co widzimy? Reklamy, śmieci i niewiele więcej. To właśnie zostawimy po sobie, jeśli zostanie w ogóle cokolwiek, kiedy ktoś kiedyś postanowi użyć broni masowego rażenia do rozwiązania konfliktu.
Kolejny utwór sam w sobie wydaje się zupełnie niezrozumiały, wystarczy jednak połączyć go z zakończeniem poprzedniego i wszystko się wyjaśnia. Kaloryferem jest tu każdy ojciec zostawiający matkę samą z dzieckiem. Trzeba przyznać, spełnia taki człowiek w wychowaniu dziecka rolę podobną do roli kaloryfera. Na ten temat pisać można długo, jednak nie chcę mieszać swoich poglądów z przekazem zawartym na albumie.
Dalej mamy małą retrospekcję z czasów, kiedy Ziemia funkcjonowała normalnie. Rzecz dotyczy działalności pewnego skacowanego pana w pewnym barze i nie powinna sprawiać trudności ze zrozumieniem. Następnie zostajemy zasypani informacjami na temat wszelakich roślin, a przede wszystkim ich nazwami, przez człowieka rzekomo aktywnie zajmującego się "działkowaniem". Sama konstrukcja utworu jest wymowna, ponieważ dopiero na samym końcu pojawia się wzmianka o sadzeniu owych roślin i jest to wzmianka bardzo, rzekłbym, niewyraźna. Sadzimy stosunkowo niewiele, w taki czy inny sposób "zjadamy" natomiast praktycznie wszystko, jeśli nie dosłownie, to produkując rzeczy. Widać to dość dobrze. Kiedyś chodziło się do sklepów, potem do hipermarketów, dziś są to już centra handlowe. Można się troszkę pogubić w trakcie trwania całej przypowieści, ponieważ LUC czasem wciela się w zwyczajnego "Jednego z nas", czasem zaś opowiadając o sobie mówi w rzeczywistości o ogóle społeczeństwa. W "Pukagastrofazy godzina" mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem, co wzmaga wrażenie abstrakcyjności.
Natrafiamy na pierwszą historię bez słów, wszystko, co jest do opowiedzenia wyrażone jest muzyką. W roli głównej ludzie, ale tylko jako "zjadacze". Słuchać na słuchawkach.
Wracamy do pozostawionego samotnie w pustym mieście LUCa. Nie ma ludzi, wszystko zostało zjedzone, zatem nastała cisza. Cisza tak cicha, że nie wiadomo, jak ją przegadać. Cisza nieustępliwa, która samym swoim istnieniem wiele może powiedzieć o nas. Rola tejże przypadła w udziale Rahimowi.
Robi się trochę strasznie. Do ciszy dołącza ciemność. LUC jest sam, w pustym, cichym, ciemnym mieście. Coś na kształt powolnego tracenia zmysłów. Trzeba temu zapobiec, zatem chociaż ciemności się pozbywamy, paląc w całym mieście światła. Miastem rządzi prąd, bo kimże jest w tym momencie LUC wobec niego? Patrząc szerzej, czy my w ogóle potrafimy wyobrazić sobie dziś funkcjonowanie bez prądu? Owszem, jest przydatny, ale my granice przydatności dawno przekroczyliśmy. Karmimy z jego pomocą zmysły, z niektórymi ludźmi kontakt ograniczamy do tego z pomocą prądu, czyli internet + telefon, bo żeby się spotkać nie mamy czasu lub chęci. Ktoś jednocześnie sprzedaje za potężne pieniądze reklamy twierdząc, że może z ich pomocą wpływać na ludzi, tak aby kupowali dany produkt, oraz gry komputerowe i filmy dla dzieci, które rzekomo przecież wiedzą, że to na niby, więc nie ma nic złego w pokazywaniu im obrazów przemocy i agresji. A Wszystko z pomocą prądu właśnie.
Pojawia się nuda. Właściwie nic się tu nie dzieje, jest spokój, wszystkie możliwe zajęcia już stały się nudne. Co zatem robić? Chyba jedynie zasnąć. Nie ma po co dalej żyć, bo nie ma już czego doświadczyć. Tak oto pierwsze przebudzenie dobiega końca.
Gdzie się budzimy? Właściwie nigdzie. Nie wiadomo co to za miejsce, w ogóle niewiele wiadomo. Wyjaśnia się natomiast cel całej tej opowieści: "LUC to LUC czy wy...imaginowana przez niego maska"?? Z tych wszystkich zagmatwanych abstrakcji wyłania się sens i przekaz, czyli porcja obserwacji, które mniej lub bardziej nieudolnie starałem się w tym tekście przytoczyć. Na sam koniec otrzymujemy zaś cios prosto w ego: składamy się z takiej samej materii jak wszystkie inne stworzenia, jesteśmy teoretycznym pomidorowym przecierem.
Jeśli ktoś mówi o czymś nie wprost, każdy odbiorca filtruje taką wypowiedź i interpretuje na swój sposób. Powyższy tekst jest zatem jedynie taką moją interpretacją. Właśnie tak rozumiem ten album, właśnie to z niego wyciągnąłem. Czy to "Poeta miał na myśli"? To wie tylko on sam.
PS: Dzięki autorowi tego bloga za korektę
Wita nas nieco kosmiczne intro, o którym nie umiem zbyt wiele powiedzieć, dla mnie to po prostu wprowadzenie do świata abstrakcji i przeróżnych pomysłów autora. Podobny cel ma "Stan haelucynogenny", Gdzie Luc delikatnie daje do zrozumienia czego się możemy spodziewać i proponuje "Czuj zwyczajnie, nie pytaj i nie wnikaj". I tu się zaczyna: budzimy się wraz z autorem na środku jakiejś drogi. Skąd się tam wzieliśmy? Nie wiadomo, ale nie to jest istotne. LUC zauważa, że skoro to przelotowa trasa, to już dawno powinien zostać rozjechany przez jakiś samochód, co jednak nie następuje. Nie ma nikogo wokół, nic nie słychać. Po chwili zastanowienia, korzystając z kosmicznej wiedzy, autor konstatuje, że ludzie zostali porwani przez mieszkańców planety wodorostów. On sam, dzięki swoim kontaktom, został na Ziemi i ma do dyspozycji całe puste miasto. Niby to raj, można robić wszystko, co tylko przyjdzie człowiekowi do głowy, nie ma nikogo, kto mógłby za cokolwiek ukarać czy czegokolwiek zabronić. Po jakimś czasie jednak nie wygląda to już tak różowo. Zaczyna dokuczać samotność i w pewnym momencie LUC uznaje, że trzeba odbić ludzi z rąk kosmitów. Nie wiem zupełnie o co chodzi ze słowami dziadka, następny utwór natomiast jest już odniesieniem poprzedniej abstrakcyjnej wizji do ziemskich realiów. Coraz więcej ludzi daje się "porwać" jakimś kosmitom, mamy dla siebie coraz mniej czasu, "Wszyscy oddalamy się od siebie". Ta płyta to próba zmiany tego stanu rzeczy. "Gdzież Wyście są wszyscy? Ja jestem" - nawołuje LUC w następnym, maksymalnie wygiętym tworze. Nie koniec na tym refleksji o Ziemianach. Skoro nie ma ludzi, to przyjrzyjmy się temu, co po nich zostało. Zatem podróżujemy, a właściwie rozbijamy się z LUCem po pustym mieście przeróżnymi samochodami. Co widzimy? Reklamy, śmieci i niewiele więcej. To właśnie zostawimy po sobie, jeśli zostanie w ogóle cokolwiek, kiedy ktoś kiedyś postanowi użyć broni masowego rażenia do rozwiązania konfliktu.
Kolejny utwór sam w sobie wydaje się zupełnie niezrozumiały, wystarczy jednak połączyć go z zakończeniem poprzedniego i wszystko się wyjaśnia. Kaloryferem jest tu każdy ojciec zostawiający matkę samą z dzieckiem. Trzeba przyznać, spełnia taki człowiek w wychowaniu dziecka rolę podobną do roli kaloryfera. Na ten temat pisać można długo, jednak nie chcę mieszać swoich poglądów z przekazem zawartym na albumie.
Dalej mamy małą retrospekcję z czasów, kiedy Ziemia funkcjonowała normalnie. Rzecz dotyczy działalności pewnego skacowanego pana w pewnym barze i nie powinna sprawiać trudności ze zrozumieniem. Następnie zostajemy zasypani informacjami na temat wszelakich roślin, a przede wszystkim ich nazwami, przez człowieka rzekomo aktywnie zajmującego się "działkowaniem". Sama konstrukcja utworu jest wymowna, ponieważ dopiero na samym końcu pojawia się wzmianka o sadzeniu owych roślin i jest to wzmianka bardzo, rzekłbym, niewyraźna. Sadzimy stosunkowo niewiele, w taki czy inny sposób "zjadamy" natomiast praktycznie wszystko, jeśli nie dosłownie, to produkując rzeczy. Widać to dość dobrze. Kiedyś chodziło się do sklepów, potem do hipermarketów, dziś są to już centra handlowe. Można się troszkę pogubić w trakcie trwania całej przypowieści, ponieważ LUC czasem wciela się w zwyczajnego "Jednego z nas", czasem zaś opowiadając o sobie mówi w rzeczywistości o ogóle społeczeństwa. W "Pukagastrofazy godzina" mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem, co wzmaga wrażenie abstrakcyjności.
Natrafiamy na pierwszą historię bez słów, wszystko, co jest do opowiedzenia wyrażone jest muzyką. W roli głównej ludzie, ale tylko jako "zjadacze". Słuchać na słuchawkach.
Wracamy do pozostawionego samotnie w pustym mieście LUCa. Nie ma ludzi, wszystko zostało zjedzone, zatem nastała cisza. Cisza tak cicha, że nie wiadomo, jak ją przegadać. Cisza nieustępliwa, która samym swoim istnieniem wiele może powiedzieć o nas. Rola tejże przypadła w udziale Rahimowi.
Robi się trochę strasznie. Do ciszy dołącza ciemność. LUC jest sam, w pustym, cichym, ciemnym mieście. Coś na kształt powolnego tracenia zmysłów. Trzeba temu zapobiec, zatem chociaż ciemności się pozbywamy, paląc w całym mieście światła. Miastem rządzi prąd, bo kimże jest w tym momencie LUC wobec niego? Patrząc szerzej, czy my w ogóle potrafimy wyobrazić sobie dziś funkcjonowanie bez prądu? Owszem, jest przydatny, ale my granice przydatności dawno przekroczyliśmy. Karmimy z jego pomocą zmysły, z niektórymi ludźmi kontakt ograniczamy do tego z pomocą prądu, czyli internet + telefon, bo żeby się spotkać nie mamy czasu lub chęci. Ktoś jednocześnie sprzedaje za potężne pieniądze reklamy twierdząc, że może z ich pomocą wpływać na ludzi, tak aby kupowali dany produkt, oraz gry komputerowe i filmy dla dzieci, które rzekomo przecież wiedzą, że to na niby, więc nie ma nic złego w pokazywaniu im obrazów przemocy i agresji. A Wszystko z pomocą prądu właśnie.
Pojawia się nuda. Właściwie nic się tu nie dzieje, jest spokój, wszystkie możliwe zajęcia już stały się nudne. Co zatem robić? Chyba jedynie zasnąć. Nie ma po co dalej żyć, bo nie ma już czego doświadczyć. Tak oto pierwsze przebudzenie dobiega końca.
Gdzie się budzimy? Właściwie nigdzie. Nie wiadomo co to za miejsce, w ogóle niewiele wiadomo. Wyjaśnia się natomiast cel całej tej opowieści: "LUC to LUC czy wy...imaginowana przez niego maska"?? Z tych wszystkich zagmatwanych abstrakcji wyłania się sens i przekaz, czyli porcja obserwacji, które mniej lub bardziej nieudolnie starałem się w tym tekście przytoczyć. Na sam koniec otrzymujemy zaś cios prosto w ego: składamy się z takiej samej materii jak wszystkie inne stworzenia, jesteśmy teoretycznym pomidorowym przecierem.
Jeśli ktoś mówi o czymś nie wprost, każdy odbiorca filtruje taką wypowiedź i interpretuje na swój sposób. Powyższy tekst jest zatem jedynie taką moją interpretacją. Właśnie tak rozumiem ten album, właśnie to z niego wyciągnąłem. Czy to "Poeta miał na myśli"? To wie tylko on sam.
PS: Dzięki autorowi tego bloga za korektę
piątek, 12 listopada 2010
O traceniu czasu
Rozmawiając z różnymi ludźmi na temat studiowania często spotykam się z pojęciem "Straconego roku". Czasem dotyczy to nawet kilku lat. Ów "stracony" czas mamy wtedy, kiedy np. nie zdamy matury przy pierwszym podejściu i nie pójdziemy w związku z tym od razu po średniej szkole na studia, bądź też te studia rzucimy (wtedy "stracone" są wszystkie lata od rozpoczęcia nauki na danym kierunku). Jednak czy aby na pewno?
O traceniu czasu można mówić właściwie tylko w połączeniu z jakimś konkretnym celem, pytanie więc co uznajemy za cel? Oczywiście, odpowiedź jest jasna: skończenie studiów. Jednak ten papierek sam z siebie nie zmieni naszego życia w raj, dalszym, bardziej życiowym celem jest więc znalezienie z jego pomocą pracy. Zatem rok przerwy między szkołą średnią a studiami oznacza mniej więcej tyle, że pójdziemy rok później do pracy. Oczywiście, można się spierać, że przecież praca to dochody, pieniądze, które pomogą nam spełniać marzenia itd, jednak ten akurat argument bardzo często weryfikuje życie i okazuje się, że krążymy przez 40 lat między pracą a domem, spłacamy kredyt mieszkaniowy bądź wydajemy pieniądze na coś równie ważnego, a wolne chwile spędzamy przed telewizorem. Zatem jakiej straty się boimy? Napracować się w życiu każdy zdąży, chyba, że np. zadbamy o odpowiednio wysoki pasywny dochód, czego nawiasem mówiąc studia nie uczą. Do mojej szkoły przyjeżdżały i prawdopodobnie nadal przyjeżdżają z Australii dziewczyny w wieku 18, 19 lat w ramach swojego roku przerwy, po maturze, a przed studiami. Czy ten czas jest dla nich stracony? Przypuszczam, że żadna by go tak nie określiła. Że nas, Polaków, bardzo często nie stać na taki wyjazd? Jasne, ale czy to jedyny sposób na spożytkowanie roku? Czy jeśli zrobisz w tym czasie coś, co przybliży Cię do tego, kim chcesz być, będzie to czas stracony? Przy odpowiedniej mobilizacji rok działalności we własnym zakresie kilkukrotnie przewyższy pod tym względem rok studiowania. Istotna wiedza, jaką wyniosłem z pierwszego roku studiów na kierunku informatyka stosowana to znajomość języka C i C++ oraz trochę podstaw informatyki. Cała reszta, pochłaniająca oczywiście dużo więcej czasu, to głównie wyższa matematyka i fizyka, z których pożytku wiele nie mam i najpewniej nie miałbym nawet, gdybym te studia dokończył.
Czy zatem ten ponad rok spędzony na uczelni był czasem straconym? Czy nie lepiej było poświęcić jeszcze te 2 lata, pomęczyć się i zrobić chociaż inżyniera? Moja odpowiedź na oba pytania brzmi Nie. Ponad rok na uczelni czasem straconym nie był, bo po pierwsze zdobyłem nowe, specyficzne doświadczenie, po drugie poznałem kilka naprawdę ciekawych osób, z którymi utrzymuję kontakt do dziś. Wreszcie po trzecie, uświadomiło mi to, co ja tak naprawdę chcę robić w życiu i jak moje życie będzie wyglądać, jeśli z tego zrezygnuję. Z tego też powodu uznałem, że kontynuowanie studiów już stratą czasu by było.
Zatem, czytelniku drogi, jeśli wyznajesz pogląd opisany na wstępie, jeśli np. nie zdałeś matury lub też wybrałeś nietrafnie kierunek studiów i źle się czujesz z myślą o stracie roku, zadaj sobie jedno pytanie: Kim chcę być? A potem spójrz na rok, którego większą część masz jeszcze przed sobą, z tej perspektywy i zrób wszystko, by okazał się on rokiem zyskanym. Na pewno będziesz wiedzieć jak.
O traceniu czasu można mówić właściwie tylko w połączeniu z jakimś konkretnym celem, pytanie więc co uznajemy za cel? Oczywiście, odpowiedź jest jasna: skończenie studiów. Jednak ten papierek sam z siebie nie zmieni naszego życia w raj, dalszym, bardziej życiowym celem jest więc znalezienie z jego pomocą pracy. Zatem rok przerwy między szkołą średnią a studiami oznacza mniej więcej tyle, że pójdziemy rok później do pracy. Oczywiście, można się spierać, że przecież praca to dochody, pieniądze, które pomogą nam spełniać marzenia itd, jednak ten akurat argument bardzo często weryfikuje życie i okazuje się, że krążymy przez 40 lat między pracą a domem, spłacamy kredyt mieszkaniowy bądź wydajemy pieniądze na coś równie ważnego, a wolne chwile spędzamy przed telewizorem. Zatem jakiej straty się boimy? Napracować się w życiu każdy zdąży, chyba, że np. zadbamy o odpowiednio wysoki pasywny dochód, czego nawiasem mówiąc studia nie uczą. Do mojej szkoły przyjeżdżały i prawdopodobnie nadal przyjeżdżają z Australii dziewczyny w wieku 18, 19 lat w ramach swojego roku przerwy, po maturze, a przed studiami. Czy ten czas jest dla nich stracony? Przypuszczam, że żadna by go tak nie określiła. Że nas, Polaków, bardzo często nie stać na taki wyjazd? Jasne, ale czy to jedyny sposób na spożytkowanie roku? Czy jeśli zrobisz w tym czasie coś, co przybliży Cię do tego, kim chcesz być, będzie to czas stracony? Przy odpowiedniej mobilizacji rok działalności we własnym zakresie kilkukrotnie przewyższy pod tym względem rok studiowania. Istotna wiedza, jaką wyniosłem z pierwszego roku studiów na kierunku informatyka stosowana to znajomość języka C i C++ oraz trochę podstaw informatyki. Cała reszta, pochłaniająca oczywiście dużo więcej czasu, to głównie wyższa matematyka i fizyka, z których pożytku wiele nie mam i najpewniej nie miałbym nawet, gdybym te studia dokończył.
Czy zatem ten ponad rok spędzony na uczelni był czasem straconym? Czy nie lepiej było poświęcić jeszcze te 2 lata, pomęczyć się i zrobić chociaż inżyniera? Moja odpowiedź na oba pytania brzmi Nie. Ponad rok na uczelni czasem straconym nie był, bo po pierwsze zdobyłem nowe, specyficzne doświadczenie, po drugie poznałem kilka naprawdę ciekawych osób, z którymi utrzymuję kontakt do dziś. Wreszcie po trzecie, uświadomiło mi to, co ja tak naprawdę chcę robić w życiu i jak moje życie będzie wyglądać, jeśli z tego zrezygnuję. Z tego też powodu uznałem, że kontynuowanie studiów już stratą czasu by było.
Zatem, czytelniku drogi, jeśli wyznajesz pogląd opisany na wstępie, jeśli np. nie zdałeś matury lub też wybrałeś nietrafnie kierunek studiów i źle się czujesz z myślą o stracie roku, zadaj sobie jedno pytanie: Kim chcę być? A potem spójrz na rok, którego większą część masz jeszcze przed sobą, z tej perspektywy i zrób wszystko, by okazał się on rokiem zyskanym. Na pewno będziesz wiedzieć jak.
niedziela, 18 lipca 2010
"Tylko oryginał ma ten dobry klimat" - cz. x+1, czyli "Czas jest teraz, a miejsce jest tu"
Impreza, sporo ludzi w mieszkaniu. Z kuchni, w której wszyscy siedzą wyciągają mnie dwaj bracia. "Chrońmy lasy" mówi jeden z nich, podając mi zafoliowany album. Nie od razu dociera do mnie co trzymam w ręce, jednak już po chwili z głośników płyną dźwięki "Totemu leśnych ludzi". Zdecydowanie jedna z ważniejszych płyt w polskim rapie moim skromnym zdaniem, stąd moja reakcja na prezent była, i właściwie nadal jest, bardzo radosna. Od chwili wydania nauczyłem się albumu prawie na pamięć, kwestią czasu jest wspólne rymowanie z DGE. No dobrze, ale o czym on tam w ogóle mówi?
Ile uwagi w swoim życiu poświęcamy chwili obecnej? Od pewnego czasu lubię zadawać ludziom pytanie "Potrafisz przestać myśleć?" Okazuje się, że najczęściej odpowiedź brzmi "Nie". Problem w tym, że tak naprawdę tylko ten moment jest realny. Nie da się żyć kiedy indziej, niż teraz, a mimo to mnóstwo ludzi właściwie żyje w swoich głowach, myśląc ciągle rzeczy w stylu "Będę szczęśliwy, kiedy..." albo "jak to kiedyś było dobrze". I kiedy cel z opcji pierwszej zostanie osiągnięty, po stosunkowo niedługim czasie pojawia się następny warunek szczęścia. I tak bez końca. Oczywiście jeśli już taki człowiek osiągnie tzw. wszystko, pojawiają się obawy co to będzie, jeśli to straci. Genialnie prosty sposób na to, aby nigdy nie być szczęśliwym.
Nawet jeśli ktoś nie myśli ciągle o przeszłości lub przyszłości w taki sposób, to i tak cały czas w głowie ma strumień myśli. I jak tu się na czymkolwiek skupić, kiedy ciągle gadamy sami do siebie? Na chwilę obecną uwagi pozostaje niewiele. Sam nie raz np. czytając książkę łapałem się na tym, że nie wiem o czym była mowa w ostatnich kilku zdaniach, bo odbiegłem gdzieś myślami. Może dlatego tak lubię thrillery i tym podobne twory. Momenty akcji pochłaniają mnie na tyle, że na myślenie z kolei nie wystarcza uwagi.
Najkrótszym podsumowaniem treści albumu jest moim zdaniem cytat "Czas jest teraz, a miejsce jest tu". Treść każdego utworu w jakiś sposób mi się z tym wiąże. Kilka innych? "Wiem tylko tyle ile sam się dowiem" - już wcześniej zasłyszany u Waldemara Kasty, "Nie mam pojęcia skąd się tu wziąłem" - ktoś wie? Każdy w coś wierzy, ale nikt nie wie na pewno. Kojarzy ktoś jakąś inną płytę o podobnym przekazie? Życzę szczęścia. Panowie, dziękuję:)
Ile uwagi w swoim życiu poświęcamy chwili obecnej? Od pewnego czasu lubię zadawać ludziom pytanie "Potrafisz przestać myśleć?" Okazuje się, że najczęściej odpowiedź brzmi "Nie". Problem w tym, że tak naprawdę tylko ten moment jest realny. Nie da się żyć kiedy indziej, niż teraz, a mimo to mnóstwo ludzi właściwie żyje w swoich głowach, myśląc ciągle rzeczy w stylu "Będę szczęśliwy, kiedy..." albo "jak to kiedyś było dobrze". I kiedy cel z opcji pierwszej zostanie osiągnięty, po stosunkowo niedługim czasie pojawia się następny warunek szczęścia. I tak bez końca. Oczywiście jeśli już taki człowiek osiągnie tzw. wszystko, pojawiają się obawy co to będzie, jeśli to straci. Genialnie prosty sposób na to, aby nigdy nie być szczęśliwym.
Nawet jeśli ktoś nie myśli ciągle o przeszłości lub przyszłości w taki sposób, to i tak cały czas w głowie ma strumień myśli. I jak tu się na czymkolwiek skupić, kiedy ciągle gadamy sami do siebie? Na chwilę obecną uwagi pozostaje niewiele. Sam nie raz np. czytając książkę łapałem się na tym, że nie wiem o czym była mowa w ostatnich kilku zdaniach, bo odbiegłem gdzieś myślami. Może dlatego tak lubię thrillery i tym podobne twory. Momenty akcji pochłaniają mnie na tyle, że na myślenie z kolei nie wystarcza uwagi.
Najkrótszym podsumowaniem treści albumu jest moim zdaniem cytat "Czas jest teraz, a miejsce jest tu". Treść każdego utworu w jakiś sposób mi się z tym wiąże. Kilka innych? "Wiem tylko tyle ile sam się dowiem" - już wcześniej zasłyszany u Waldemara Kasty, "Nie mam pojęcia skąd się tu wziąłem" - ktoś wie? Każdy w coś wierzy, ale nikt nie wie na pewno. Kojarzy ktoś jakąś inną płytę o podobnym przekazie? Życzę szczęścia. Panowie, dziękuję:)
niedziela, 20 czerwca 2010
"A mnie te przemyślenia naszły"
Dzień pod znakiem pierwszej tury wyborów prezydenckich powoli ma się ku końcowi, Trochę też może za późno na takie przemyślenia, gdyż każdy już swój głos oddał, albo i nie, ale na przyszłość się przyda.
Jak to jest, że z reguły wybieramy nie tych, którzy mają konkretne, sensowne programy, pomysły, wyznają konkretne wartości, a tych, których zwyczajnie stać na zrobienie potężnej kampanii wyborczej? Dlaczego kryterium skuteczności jest nie to, kto lepiej, a kto głośniej? Czy nie czas, abyśmy wreszcie przestali się na to nabierać? I w końcu dlaczego dziwimy się potem, że mamy u władzy krętaczy, kłamców i aferzystów? "Kupili" sobie poparcie, władzę, więc korzystają. Co najmniej kilka razy usłyszałem dziś, że zmarnuję głos, bo osoba, na którą chcę głosować nie ma szans. Zatem powinienem głosować na tego, kto ma największe szanse? Nawet jeśli te szanse wynikają z tego, o czym pisałem wyżej? Dlaczego mam jeszcze pomagać komóś takiemu? Na ile mogę, na tyle będę przeszkadzał, a z tego co obserwuję grupa takich jak ja powoli rośnie.
Żeby nie było tak krytycznie powiem jak moim zdaniem powinno to wszystko wyglądać. Wizja zresztą jest dość prosta: zanim pójdziesz oddać głos, zapoznaj się z programami WSZYSTKICH kandydatów czy partii. Nie może być tak, że jedynym źródłem informacji dla większości ludzi jest telewizja, radio czy wszelkie inne media czy reklamy, właśnie dlatego, że są one zdominowane przez tych, których na to stać. A to przecież nie plebiscyt na najbogatszego polityka, czyż nie?
Jak to jest, że z reguły wybieramy nie tych, którzy mają konkretne, sensowne programy, pomysły, wyznają konkretne wartości, a tych, których zwyczajnie stać na zrobienie potężnej kampanii wyborczej? Dlaczego kryterium skuteczności jest nie to, kto lepiej, a kto głośniej? Czy nie czas, abyśmy wreszcie przestali się na to nabierać? I w końcu dlaczego dziwimy się potem, że mamy u władzy krętaczy, kłamców i aferzystów? "Kupili" sobie poparcie, władzę, więc korzystają. Co najmniej kilka razy usłyszałem dziś, że zmarnuję głos, bo osoba, na którą chcę głosować nie ma szans. Zatem powinienem głosować na tego, kto ma największe szanse? Nawet jeśli te szanse wynikają z tego, o czym pisałem wyżej? Dlaczego mam jeszcze pomagać komóś takiemu? Na ile mogę, na tyle będę przeszkadzał, a z tego co obserwuję grupa takich jak ja powoli rośnie.
Żeby nie było tak krytycznie powiem jak moim zdaniem powinno to wszystko wyglądać. Wizja zresztą jest dość prosta: zanim pójdziesz oddać głos, zapoznaj się z programami WSZYSTKICH kandydatów czy partii. Nie może być tak, że jedynym źródłem informacji dla większości ludzi jest telewizja, radio czy wszelkie inne media czy reklamy, właśnie dlatego, że są one zdominowane przez tych, których na to stać. A to przecież nie plebiscyt na najbogatszego polityka, czyż nie?
wtorek, 25 maja 2010
trochę o rapie
Na polskiej rapowej scenie nadal seria disów. Trwa to już, żeby nie skłamać, 8 miesięcy. Kwotę zasądzoną przez sąd Peja spłaca w dużej mierze pieniędzmi fanów, którzy kupili "Czarny wrzesień", w wojnę angażują się coraz to nowi raperzy, a ja obserwuję i mam coraz większy przesyt. To jest po prostu żałosne. Ktoś tu chyba ma przerośnięte ego i koniecznie musi wszystkim udowodnić... hmm, no właśnie, co tak właściwie? I po co? Chyba wolę nie mieć ego.
A co jeszcze na tej naszej scenie? Albo niewiele, albo ja nie na bieżąco jestem. Chociaż może po prostu w zalewie informacji robię zwyczajną selekcję opartą o własny gust i zostaje tego mało. Kiedyś słuchałem prawie wszystkiego, co najmniej raz. Z trudem przebrnąłem przez płyty, na których po odjęciu bębnów i nawijki nie grałoby praktycznie nic. Może zbyt późno ta muzyka mnie znalazła, może chodzi o coś innego, ale po prostu nie czuję klimatu takich produkcji. Jestem bezczelnym ignorantem i nie znam większości tzw. klasycznych rapowych Amerykańskich płyt, zwyczajnie ich nie rozumiem. Niby bity, umiejętności itd., ale dla mnie jak widać to wszystko razem to za mało, a rap Amerykański sam w sobie jest chyba za słabą motywacją do nauczenia się w wystarczającym stopniu angielskiego. I jak ja się teraz pokażę na tej scenie z jakąkolwiek twórczością? Przecież to hańba tego wszystkiego nie znać.
Na forum asfalt.pl zapytałem użytkowników co sądzą o samplowaniu muzyki z CD lub plików w jakości bezstratnej. Ciekawe, że tam dyskutowano nad dwiema opcjami: winyl czy mp3. Winyl to oczywiście idealna wersja, niemniej chyba nie widziałem nigdzie na winylu soundtracku do filmu "Bandyta", z którego samplował O.s.t.r. do kilku bitów z "Tabasco". Mp3 to z kolei przegięcie w drugą stronę, bo kompresja do tego formatu wiąże się często ze sporą utratą jakości. Mimo wszystko propozycja nie spotkała się z prawie żadnym odzewem, co mnie trochę dziwi. No, to idę posłuchać jakiegoś old schoolu z winyla na moim cudnym gramofonie:)
A co jeszcze na tej naszej scenie? Albo niewiele, albo ja nie na bieżąco jestem. Chociaż może po prostu w zalewie informacji robię zwyczajną selekcję opartą o własny gust i zostaje tego mało. Kiedyś słuchałem prawie wszystkiego, co najmniej raz. Z trudem przebrnąłem przez płyty, na których po odjęciu bębnów i nawijki nie grałoby praktycznie nic. Może zbyt późno ta muzyka mnie znalazła, może chodzi o coś innego, ale po prostu nie czuję klimatu takich produkcji. Jestem bezczelnym ignorantem i nie znam większości tzw. klasycznych rapowych Amerykańskich płyt, zwyczajnie ich nie rozumiem. Niby bity, umiejętności itd., ale dla mnie jak widać to wszystko razem to za mało, a rap Amerykański sam w sobie jest chyba za słabą motywacją do nauczenia się w wystarczającym stopniu angielskiego. I jak ja się teraz pokażę na tej scenie z jakąkolwiek twórczością? Przecież to hańba tego wszystkiego nie znać.
Na forum asfalt.pl zapytałem użytkowników co sądzą o samplowaniu muzyki z CD lub plików w jakości bezstratnej. Ciekawe, że tam dyskutowano nad dwiema opcjami: winyl czy mp3. Winyl to oczywiście idealna wersja, niemniej chyba nie widziałem nigdzie na winylu soundtracku do filmu "Bandyta", z którego samplował O.s.t.r. do kilku bitów z "Tabasco". Mp3 to z kolei przegięcie w drugą stronę, bo kompresja do tego formatu wiąże się często ze sporą utratą jakości. Mimo wszystko propozycja nie spotkała się z prawie żadnym odzewem, co mnie trochę dziwi. No, to idę posłuchać jakiegoś old schoolu z winyla na moim cudnym gramofonie:)
sobota, 22 maja 2010
"Gdzież Wyście są wszyscy"
A napiszę o tym, bo w sumie czemu nie. Że się wywnętrzam? Taki mam kaprys.
Chcę do ludzi! Mam dość kontaktowania się za pomocą komputera czy telefonu. To jest fajne, ułatwia życie itd i wszystko pięknie, póki nie staje się głównym sposobem na kontakt. Chcę wyjść na miasto, poznać kogokolwiek ciekawego, ale w kółko mój głos wewnętrzny mi gada, że przecież nawet nie będę wiedział do kogo podchodzę. Poznawanie ludzi w internecie jak już pisałem wcale nie musi prowadzić do spotkania w realnym świecie, choć czasem tak się zdarza. Wśród znajomych coraz więcej osób "Nie ma czasu", a ja nie rozumiem dokąd oni biegną i co im tego czasu tyle pożera. Chyba nie chciałbym któregoś dnia obudzić się pośród wszystkich otaczających mnie rzeczy, na które ciężko i długo pracowałem, najpierw studiując, potem na etacie i uświadomić sobie, że wokół mnie nie ma nikogo. Rzuciłem studia, kilka osób próbowało mnie od tego odwieźć, niektórzy chyba pomylili mądrość z wykształceniem i w ich oczach pewnie straciłem sporo. Nie płaczę, moje poczucie własnej wartości na tym nie ucierpiało. Informatyka jest fajna, ok, dopóki nie chce Ci zjeść całego Twojego czasu. Nie jestem aż takim pasjonatem. Uczyć się nie przestałem i chyba nigdy nie zamierzam, a śmiem twierdzić, że wiedza, którą przyswajam przyniesie mi więcej pożytku niż jakiś dyplom.
Trochę nie moich przemyśleń, jednak wygląda na to, że całkiem prawdziwych: Ktoś bardzo sprytnie zrobił dziurę między mężczyznami i kobietami, na której zarabia. W czym rzecz? Ano w tym, że od dłuższego już czasu promuje się jedyny słuszny wzorzec piękna kobiety i wmawia się jej, że żaden facet się nią nie zainteresuje, jeśli nie będzie dokładnie tak wyglądać. Jeśli kobieta uwierzy, to kupi wszystko, co pomoże jej odpowiednio ten wygląd zmienić. Z kolei facetów trzeba przekonać, że nie mają u tych kobiet najmniejszych szans, jeśli nie będą mieć samochodu, modnych ciuchów, drogiego zegarka czy czegokolwiek innego. To takie proste: sprzedajemy produkt, który zaspokaja wykreowaną przez nas potrzebę. No bo sprzedaj tu cokolwiek komuś, kto niczego nie potrzebuje, kto jest szczęśliwy? Nie da rady. I tak oto ludzie, zamiast poświęcać czas na przebywanie ze sobą, pracują, by kupić te wszystkie rzeczy mające im to poznawanie się i przebywanie ze sobą umożliwić. Zatem ja czas, który poświęciłbym na pracę na te wszystkie "gwarancje szczęścia z kobietami", wolę spędzić na byciu szczęśliwym tak po prostu, z zasady. To jak, spotkamy się?
Chcę do ludzi! Mam dość kontaktowania się za pomocą komputera czy telefonu. To jest fajne, ułatwia życie itd i wszystko pięknie, póki nie staje się głównym sposobem na kontakt. Chcę wyjść na miasto, poznać kogokolwiek ciekawego, ale w kółko mój głos wewnętrzny mi gada, że przecież nawet nie będę wiedział do kogo podchodzę. Poznawanie ludzi w internecie jak już pisałem wcale nie musi prowadzić do spotkania w realnym świecie, choć czasem tak się zdarza. Wśród znajomych coraz więcej osób "Nie ma czasu", a ja nie rozumiem dokąd oni biegną i co im tego czasu tyle pożera. Chyba nie chciałbym któregoś dnia obudzić się pośród wszystkich otaczających mnie rzeczy, na które ciężko i długo pracowałem, najpierw studiując, potem na etacie i uświadomić sobie, że wokół mnie nie ma nikogo. Rzuciłem studia, kilka osób próbowało mnie od tego odwieźć, niektórzy chyba pomylili mądrość z wykształceniem i w ich oczach pewnie straciłem sporo. Nie płaczę, moje poczucie własnej wartości na tym nie ucierpiało. Informatyka jest fajna, ok, dopóki nie chce Ci zjeść całego Twojego czasu. Nie jestem aż takim pasjonatem. Uczyć się nie przestałem i chyba nigdy nie zamierzam, a śmiem twierdzić, że wiedza, którą przyswajam przyniesie mi więcej pożytku niż jakiś dyplom.
Trochę nie moich przemyśleń, jednak wygląda na to, że całkiem prawdziwych: Ktoś bardzo sprytnie zrobił dziurę między mężczyznami i kobietami, na której zarabia. W czym rzecz? Ano w tym, że od dłuższego już czasu promuje się jedyny słuszny wzorzec piękna kobiety i wmawia się jej, że żaden facet się nią nie zainteresuje, jeśli nie będzie dokładnie tak wyglądać. Jeśli kobieta uwierzy, to kupi wszystko, co pomoże jej odpowiednio ten wygląd zmienić. Z kolei facetów trzeba przekonać, że nie mają u tych kobiet najmniejszych szans, jeśli nie będą mieć samochodu, modnych ciuchów, drogiego zegarka czy czegokolwiek innego. To takie proste: sprzedajemy produkt, który zaspokaja wykreowaną przez nas potrzebę. No bo sprzedaj tu cokolwiek komuś, kto niczego nie potrzebuje, kto jest szczęśliwy? Nie da rady. I tak oto ludzie, zamiast poświęcać czas na przebywanie ze sobą, pracują, by kupić te wszystkie rzeczy mające im to poznawanie się i przebywanie ze sobą umożliwić. Zatem ja czas, który poświęciłbym na pracę na te wszystkie "gwarancje szczęścia z kobietami", wolę spędzić na byciu szczęśliwym tak po prostu, z zasady. To jak, spotkamy się?
czwartek, 6 maja 2010
"Matrix już tylko 3 kroki stąd"
Świat zwariował. Słuchając L.U.C.a takich utworów jak "Elektroneuronowa przyjaźń" czy "w cyfrach systemu" myślałem, że może jednak nieco on przesadza. Już wiem, że nie. No ale konkretnie:
Zdarza się, że poznaję nowych ludzi za pomocą np. internetu czy smsów. Nie ukrywam, wynika to po części stąd, że mam w pewnym stopniu ograniczoną opcję pt. podchodzenie do ludzi na ulicy, nawet nie bardzo wiedziałbym do kogo podchodzę, żeby zagadać. W każdym razie poznałem ostatnio 2 całkiem sympatyczne osoby i po pewnym, moim zdaniem i tak nieco długim czasie, zacząłem drążyć temat spotkania. I tu zaczęły się schody. Najpierw jedna z nich odwołała spotkanie na pół godziny przed, później niby wszystko było ok, jednak temat spotkania był jakby niezręczny, ostatecznie kiedy powiedziałem co na ten temat myślę kontakt się urwał. Druga osoba z kolei jest autorką jednej z bardziej kosmicznych bzdur, jakie kiedykolwiek słyszałem. Otóż nie spotka się ze mną na razie, ponieważ chce mnie lepiej poznać. Wtedy się zdenerwowałem, dziś bucham śmiechem, a kontakt również się urwał, tak jak w pierwszym przypadku nie z mojej inicjatywy. Zatem albo ja nie podążam z duchem czasu, albo niektórzy z nas zapominają powoli, że w zasadzie to my ludźmi jesteśmy, a nie seriami wiadomości tekstowych. Co z tego wyniknie?
Zdarza się, że poznaję nowych ludzi za pomocą np. internetu czy smsów. Nie ukrywam, wynika to po części stąd, że mam w pewnym stopniu ograniczoną opcję pt. podchodzenie do ludzi na ulicy, nawet nie bardzo wiedziałbym do kogo podchodzę, żeby zagadać. W każdym razie poznałem ostatnio 2 całkiem sympatyczne osoby i po pewnym, moim zdaniem i tak nieco długim czasie, zacząłem drążyć temat spotkania. I tu zaczęły się schody. Najpierw jedna z nich odwołała spotkanie na pół godziny przed, później niby wszystko było ok, jednak temat spotkania był jakby niezręczny, ostatecznie kiedy powiedziałem co na ten temat myślę kontakt się urwał. Druga osoba z kolei jest autorką jednej z bardziej kosmicznych bzdur, jakie kiedykolwiek słyszałem. Otóż nie spotka się ze mną na razie, ponieważ chce mnie lepiej poznać. Wtedy się zdenerwowałem, dziś bucham śmiechem, a kontakt również się urwał, tak jak w pierwszym przypadku nie z mojej inicjatywy. Zatem albo ja nie podążam z duchem czasu, albo niektórzy z nas zapominają powoli, że w zasadzie to my ludźmi jesteśmy, a nie seriami wiadomości tekstowych. Co z tego wyniknie?
sobota, 23 stycznia 2010
"Pozwól mi nie mówić nic"
"Mówił" będzie niejaki Małpa, raper, który niedawno zadebiutował albumem "Kilka numerów o czymś". Utwór, który prezentuję to remiks mojego autorstwa stworzony na konkurs. Zwycięstwo przypadło komóś innemu, więc na winylu (przynajmniej na razie) tego bitu nie usłyszymy, ale dla zainteresowanych mam wersję w
jakości bezstratnej
Jako, że pliczek jest na serwerze rapidshare nie gwarantuję, że link będzie działał za kilka miesięcy, alternatywnie więc podaję wersję mp3. Tenże link w planach ma działanie dużo dłuższe dzięki uprzejmości administratora serwisu Pkp-jazda , podobnie jak zwrotka, którą kiedyś prezentowałem.
wersja mp3
jakości bezstratnej
Jako, że pliczek jest na serwerze rapidshare nie gwarantuję, że link będzie działał za kilka miesięcy, alternatywnie więc podaję wersję mp3. Tenże link w planach ma działanie dużo dłuższe dzięki uprzejmości administratora serwisu Pkp-jazda , podobnie jak zwrotka, którą kiedyś prezentowałem.
wersja mp3
środa, 13 stycznia 2010
Do pracy!
Śmieszne rzeczy się dzieją na tym świecie. Otrzymałem dziś ofertę pracy, która... nie jest skierowana do mnie:d. Konkretnie: Mile widziane są osoby niepełnosprawne, ale:
"Uwaga:
z powodu ograniczeń architektonicznych oraz z uwagi na specyfikę pracy na proponowanych stanowiskach, oferta ta nie jest kierowana do osób mających duże
problemy w poruszaniu się, niewidomych oraz niesłyszących."
Zaznaczam, że nadawcą oferty jest osoba, która doskonale wie, że jestem niewidomy, a nie np. serwis z ofertami pracy.
"Uwaga:
z powodu ograniczeń architektonicznych oraz z uwagi na specyfikę pracy na proponowanych stanowiskach, oferta ta nie jest kierowana do osób mających duże
problemy w poruszaniu się, niewidomych oraz niesłyszących."
Zaznaczam, że nadawcą oferty jest osoba, która doskonale wie, że jestem niewidomy, a nie np. serwis z ofertami pracy.
czwartek, 24 grudnia 2009
Życzenia
Zaczynam zauważać pewne pozytywne zjawisko. Otóż jeszcze rok temu większość życzeń, jakie otrzymywałem składała się z banalnego wierszyka, dodatku w stylu "Wesołych świąt" i podpisu, lub też, co gorsza, linku do jakiejś świątecznej kartki w jakimś nie mniej świątecznym serwisie. W tym roku oczywiście nie zabrakło takowych zjawiskowych i jedynych w swoim rodzaju życzeń, jednak stanowią one na szczęście mniejszość. Coraz częściej dostaję normalne, proste, ale dzięki temu naturalne i chyba bardziej szczere życzenia. Od zawsze wszystkim powtarzałem, że wolę kilka prostych słów, niż wklejkę z jakiegoś serwisu w stylu www.rozeslijtezyczeniawszystkimznajomym.pl. Czy nie jest Wam miło, kiedy ktoś złoży Wam życzenia prosto z serca? A jak się czujecie dostając po raz dziesiąty ten sam wierszyk, z tą różnicą, że nadawcą jest ktoś inny? W czasach, kiedy coraz częściej na pytanie "Kiedy moglibyśmy się spotkać" dostaję odpowiedź "Nie wiem, nie mam czasu" taka zmiana naprawdę cieszy.
Jak powiedział L.U.C. "Fizyka i czas dzielą nas, roztapiają nasze kontakty". Sam to zauważam, dlatego też życzę nam wszystkim wzmocnienia naszych więzi. Rzućmy obłudę i przeżyjmy te święta w atmosferze miłości, radości i pokoju. Tak po prostu, szczęśliwie. Pozdrawiam
Jak powiedział L.U.C. "Fizyka i czas dzielą nas, roztapiają nasze kontakty". Sam to zauważam, dlatego też życzę nam wszystkim wzmocnienia naszych więzi. Rzućmy obłudę i przeżyjmy te święta w atmosferze miłości, radości i pokoju. Tak po prostu, szczęśliwie. Pozdrawiam
wtorek, 8 grudnia 2009
O pełnej dowolności wyboru
Postanowiłem za pośrednictwem strony internetowej mojego operatora aktywować kilka pakietów sms. Kazano mi potwierdzić zlecenie. Jedno z pól nazywało się "Krotność" i jak można się domyślić dotyczyło ilości pakietów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po wpisaniu w to pole liczby 3 otrzymałem komunikat brzmiący mniej więcej: Wpisana w polu Krotność wartość jest niepoprawna. Proszę wpisać liczbę nie większą niż 1. Chciałbym zatem wiedzieć jaki ja mam właściwie wybór jeśli chodzi o to, co mogę w to pole wpisać? Najciekawsze, że pakietów można aktywować dowolną ilość, nie mniej jednak każdy trzeba aktywować osobno. Jakby to Łona powiedział "Absurd i nonsens".
niedziela, 4 października 2009
"Jak zapomnieć" O "Nie mogę Cię zapomnieć"?
Stylem Artura Andrusa zacznę od czegoś zupełnie nie związanego z tytułem:
Jako, że korzystałem swego czasu z usług pewnej firmy zajmującej się realizacją doładowań telefonicznych, mili Ci państwo postanowili uraczyć mnie przecudowną i zupełnie mi niepotrzebną ofertą promocji. Coś w stylu "20% więcej na koniec lata". W końcowej części maila znalazł się tekst: Jeśli nie chcesz otrzymywać informacji o promocjach kliknij. Kliknąłem i... przeglądarka ogłosiła "404 not found". Sprytny sposób na uniemożliwienie klientowi rezygnacji z tychże maili, prawda?
Kilka dni temu miałem okazję usłyszeć utwór z nowego, do pewnego czasu długo przez niektórych wyczekiwanego albumu Agnieszki Chylińskiej. Czemu do pewnego czasu?
Klik
Mam to skomentować? W pierwszej chwili myślałem, że może to jakiś remiks, jednak zapowiedź wygląda na jednoznaczną. Nie omieszkałem wkleić linka do opisu w Mirandzie, co zaowocowało dwoma rozmowami, jedną tekstową za pomocą komunikatora, drugą telefoniczną. Z pierwszej jasno wynika, że ta Pani ma o jednego fana mniej. Druga? Cóż, zostałem wręcz zapytany czy to jakiś żart, a to chyba mówi samo za siebie. Niestety, rozczarowałem rozmówcę. Lepiej więc chyba jak najszybciej zapomnieć o "Nie mogę Cię zapomnieć".
Jako, że korzystałem swego czasu z usług pewnej firmy zajmującej się realizacją doładowań telefonicznych, mili Ci państwo postanowili uraczyć mnie przecudowną i zupełnie mi niepotrzebną ofertą promocji. Coś w stylu "20% więcej na koniec lata". W końcowej części maila znalazł się tekst: Jeśli nie chcesz otrzymywać informacji o promocjach kliknij. Kliknąłem i... przeglądarka ogłosiła "404 not found". Sprytny sposób na uniemożliwienie klientowi rezygnacji z tychże maili, prawda?
Kilka dni temu miałem okazję usłyszeć utwór z nowego, do pewnego czasu długo przez niektórych wyczekiwanego albumu Agnieszki Chylińskiej. Czemu do pewnego czasu?
Klik
Mam to skomentować? W pierwszej chwili myślałem, że może to jakiś remiks, jednak zapowiedź wygląda na jednoznaczną. Nie omieszkałem wkleić linka do opisu w Mirandzie, co zaowocowało dwoma rozmowami, jedną tekstową za pomocą komunikatora, drugą telefoniczną. Z pierwszej jasno wynika, że ta Pani ma o jednego fana mniej. Druga? Cóż, zostałem wręcz zapytany czy to jakiś żart, a to chyba mówi samo za siebie. Niestety, rozczarowałem rozmówcę. Lepiej więc chyba jak najszybciej zapomnieć o "Nie mogę Cię zapomnieć".
sobota, 30 maja 2009
Teatr niespełnialnych marzeń
Pięknie wydana, kolekcjonerska edycja, 4 cd, 2 lp plus jakieśtam gadżety. Każdy fan chciałby chyba mieć coś takiego, a tym bardziej fan posiadający gramofon. "I pięknie to wygląda, tylko, że..." No właśnie.
Zacznijmy jednak od początku: Wczoraj wieczorem dotarła do mnie informacja: Wychodzi nowy album Dream Theater. Znalazłem jakiś kradziony materiał, co do którego jednak nie mam pewności po moich doświadczeniach choćby z "Poetami", że będzie ostateczną wersją. Słucham go właśnie w tym momencie, ale o tym za chwilę. Ważniejsze jest to, że na stronie jakiegoś sklepu znalazłem informację o tej limitowanej edycji. Pomyślałem sobie: No dobra, 200, może 250 zł niemoje, ale będę to miał. I co? I już wiem, że się pomyliłem. To cudo kosztuje 529 zł! Czy to nie jest lekka przesada? Poprzedni album w wersji z DVD kosztował 75 zł. Załóżmy, że te 4 cd kosztowałyby 150 zł, co i tak wg mnie jest już ceną mocno wygórowaną. Polskie rapowe 2lp kosztują z reguły ok. 60 zł, jako, że to jest zagraniczny album mogę uznać, że może kosztować 2 razy drożej, czyli powiedzmy 120, 130. W sumie wychodzi mniej więcej 280, ale powiedzmy, że przebolałbym 300. Pozostałę 200 zapłaciłbym chyba za sam fakt, że to edycja limitowana, a to mi się nie uśmiecha, tym bardziej, że stan moich finansów zwyczajnie nie pozwala na coś takiego.
No i drugi aspekt całej sprawy. Przesłuchując materiał dotarłem do utworu nr 4. I co usłyszałem? Zlepek motywów z Train of Thought. Kolejny minus dla zespołu. Jeśli się okaże, że to, co słyszę to finalna wersja płyty, to nie wiem, czy nie poprzestanę na edycji najbardziej podstawowej. Jeżeli już wydaję na płyty takie potężne kwoty, to lubię czuć, że było warto, a tutaj nie miałbym tej pewności.
PS: Jeśli chodzi o "Poetów" okazało się, że utwór Roszji na oryginalnej płycie jest nagrany zupełnie inaczej. Przede wszystkim wokal nie brzmi jakby należał do Fisza, no i bit jest nieco bardziej urozmaicony, co stawia ten utwór w mojej ocenie dużo wyżej, niż poprzednio.
Zacznijmy jednak od początku: Wczoraj wieczorem dotarła do mnie informacja: Wychodzi nowy album Dream Theater. Znalazłem jakiś kradziony materiał, co do którego jednak nie mam pewności po moich doświadczeniach choćby z "Poetami", że będzie ostateczną wersją. Słucham go właśnie w tym momencie, ale o tym za chwilę. Ważniejsze jest to, że na stronie jakiegoś sklepu znalazłem informację o tej limitowanej edycji. Pomyślałem sobie: No dobra, 200, może 250 zł niemoje, ale będę to miał. I co? I już wiem, że się pomyliłem. To cudo kosztuje 529 zł! Czy to nie jest lekka przesada? Poprzedni album w wersji z DVD kosztował 75 zł. Załóżmy, że te 4 cd kosztowałyby 150 zł, co i tak wg mnie jest już ceną mocno wygórowaną. Polskie rapowe 2lp kosztują z reguły ok. 60 zł, jako, że to jest zagraniczny album mogę uznać, że może kosztować 2 razy drożej, czyli powiedzmy 120, 130. W sumie wychodzi mniej więcej 280, ale powiedzmy, że przebolałbym 300. Pozostałę 200 zapłaciłbym chyba za sam fakt, że to edycja limitowana, a to mi się nie uśmiecha, tym bardziej, że stan moich finansów zwyczajnie nie pozwala na coś takiego.
No i drugi aspekt całej sprawy. Przesłuchując materiał dotarłem do utworu nr 4. I co usłyszałem? Zlepek motywów z Train of Thought. Kolejny minus dla zespołu. Jeśli się okaże, że to, co słyszę to finalna wersja płyty, to nie wiem, czy nie poprzestanę na edycji najbardziej podstawowej. Jeżeli już wydaję na płyty takie potężne kwoty, to lubię czuć, że było warto, a tutaj nie miałbym tej pewności.
PS: Jeśli chodzi o "Poetów" okazało się, że utwór Roszji na oryginalnej płycie jest nagrany zupełnie inaczej. Przede wszystkim wokal nie brzmi jakby należał do Fisza, no i bit jest nieco bardziej urozmaicony, co stawia ten utwór w mojej ocenie dużo wyżej, niż poprzednio.
środa, 27 maja 2009
"Żegnamy reklamy"
Dwie małe historyjki, które postanowiłem spisać, by je ocalić przed zapomnieniem:
Pierwsza miała miejsce równo tydzień temu. Razem z udzielającym się czasem w komentarzach Kloze szliśmy dolną płytą dworca PKS w Krakowie. Naszym celem było stanowisko nr 6, gdzie stał autobus, którym przyjechał ze Stalowej Woli (układ dużych i małych liter inny niż ostatnio, ale też nieprzypadkowy) jeden z naszych, a na pewno moich wieloletnich kumpli. Nie to jednak jest najważniejsze. Rzecz w tym, że idąc tak sobie i rozmawiając usłyszeliśmy nagle z głośników coś takiego: "Reklama... Po reklamie". Kloze, który akurat o czymś mówił, przerwał i oboje wybuchnęliśmy śmiechem, co chyba trochę zdziwiło przynajmniej część ludzi będących w pobliżu.
Drugi epizod wydarzył się dzień później, bez Kloze, za to z Tomkiem, wspomnianym wyżej przyjezdnym ze Stalowej Woli. Szliśmy sobie chodnikiem w stronę naszej byłej szkoły, ja oczywiście z białą laską udając przewodnika. Jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałem z ust mijającej nas i idącej w przeciwnym kierunku wychowawczyni "Do widzenia". Zamurowało mnie i po prostu nic nie odpowiedziałem. Widać przyzwyczajenie robi swoje i kobieta widząc białą laskę uznała, że jesteśmy uczniami, którzy wracają z wyjścia w miasto, a że sama pewnie szła już do domu, więc chciała się pożegnać. A skoro nas nie rozpoznała, to pewnie teraz się zastanawia co to za niekulturalni uczniowie, skoro nawet jej nie odpowiedzieli.
Pierwsza miała miejsce równo tydzień temu. Razem z udzielającym się czasem w komentarzach Kloze szliśmy dolną płytą dworca PKS w Krakowie. Naszym celem było stanowisko nr 6, gdzie stał autobus, którym przyjechał ze Stalowej Woli (układ dużych i małych liter inny niż ostatnio, ale też nieprzypadkowy) jeden z naszych, a na pewno moich wieloletnich kumpli. Nie to jednak jest najważniejsze. Rzecz w tym, że idąc tak sobie i rozmawiając usłyszeliśmy nagle z głośników coś takiego: "Reklama... Po reklamie". Kloze, który akurat o czymś mówił, przerwał i oboje wybuchnęliśmy śmiechem, co chyba trochę zdziwiło przynajmniej część ludzi będących w pobliżu.
Drugi epizod wydarzył się dzień później, bez Kloze, za to z Tomkiem, wspomnianym wyżej przyjezdnym ze Stalowej Woli. Szliśmy sobie chodnikiem w stronę naszej byłej szkoły, ja oczywiście z białą laską udając przewodnika. Jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałem z ust mijającej nas i idącej w przeciwnym kierunku wychowawczyni "Do widzenia". Zamurowało mnie i po prostu nic nie odpowiedziałem. Widać przyzwyczajenie robi swoje i kobieta widząc białą laskę uznała, że jesteśmy uczniami, którzy wracają z wyjścia w miasto, a że sama pewnie szła już do domu, więc chciała się pożegnać. A skoro nas nie rozpoznała, to pewnie teraz się zastanawia co to za niekulturalni uczniowie, skoro nawet jej nie odpowiedzieli.
sobota, 9 maja 2009
"Jak widzisz lubię szydzić"
Kolejny post z cyklu "Lubię się czepiać".
Wszystko zaczęło się od tego, że - w związku z jakże małą ilością komentarzy na blogu - postanowiłem zainstalować tu jakiś licznik odwiedzin żeby mieć jakie takie pojęcie czy ktokolwiek czyta to co piszę. Wygooglałem więc google analytics, zainstalowałem z niewielkimi komplikacjami, które jednak udało się rozwiązać i w efekcie od nieco ponad miesiąca jesteście zliczani. Ba, żeby tylko zliczani: jeśli ktoś trafi na tego bloga z wyszukiwarki, to ja wiem co w nią wpisał. A co ludzie wpisują? Ano właśnie, o tym będzie ten post.
Pominę względnie normalne sformułowania, skupię się tylko na tych ciekawszych. A więc jedziemy, tym bardziej, że wiele tego nie jest:
"czy mogę kupić głośniki do komputera za stypendium" - Ktoś chyba zbyt dosłownie odebrał sformułowanie "Zapytaj google".
"glosnik do srodka wciaga"
"Jak usłyszeć swój głos w głośnikach" - hmm, kupić mikrofon?
"Nikt nie zauważy brak" - przyznam szczerze, że nie wiem czego ten ktoś szukał.
"opóźniony dźwięk nagrywany z gramofonu" - to chyba latencja, no ale wybaczam, bo słowo może być mało znane.
"straciłem głos w głośnikach w laptopie" - to na pewno jakiś wirus:P. Albo bakteria:P.
"Utwory z płyty poeci" - A co poeta miał na myśli? Mp3, tracklistę, a może jeszcze coś innego?
trzci wymiar rymuje rotunde.
Na ten moment to wszystko, zapewne jednak w przyszłości pojawi się jeszcze trochę takich perełek i chętnie się nimi z Wami podzielę. Będę aktualizował tego posta co jakiś czas. Tymczasem zachęcam przede wszystkim nieznajomych do zostawiania jakichś śladów bytności, np. w księdze gości. Nie miejcie obaw, nie odinstaluję z tego powodu licznika.
Wszystko zaczęło się od tego, że - w związku z jakże małą ilością komentarzy na blogu - postanowiłem zainstalować tu jakiś licznik odwiedzin żeby mieć jakie takie pojęcie czy ktokolwiek czyta to co piszę. Wygooglałem więc google analytics, zainstalowałem z niewielkimi komplikacjami, które jednak udało się rozwiązać i w efekcie od nieco ponad miesiąca jesteście zliczani. Ba, żeby tylko zliczani: jeśli ktoś trafi na tego bloga z wyszukiwarki, to ja wiem co w nią wpisał. A co ludzie wpisują? Ano właśnie, o tym będzie ten post.
Pominę względnie normalne sformułowania, skupię się tylko na tych ciekawszych. A więc jedziemy, tym bardziej, że wiele tego nie jest:
"czy mogę kupić głośniki do komputera za stypendium" - Ktoś chyba zbyt dosłownie odebrał sformułowanie "Zapytaj google".
"glosnik do srodka wciaga"
"Jak usłyszeć swój głos w głośnikach" - hmm, kupić mikrofon?
"Nikt nie zauważy brak" - przyznam szczerze, że nie wiem czego ten ktoś szukał.
"opóźniony dźwięk nagrywany z gramofonu" - to chyba latencja, no ale wybaczam, bo słowo może być mało znane.
"straciłem głos w głośnikach w laptopie" - to na pewno jakiś wirus:P. Albo bakteria:P.
"Utwory z płyty poeci" - A co poeta miał na myśli? Mp3, tracklistę, a może jeszcze coś innego?
trzci wymiar rymuje rotunde.
Na ten moment to wszystko, zapewne jednak w przyszłości pojawi się jeszcze trochę takich perełek i chętnie się nimi z Wami podzielę. Będę aktualizował tego posta co jakiś czas. Tymczasem zachęcam przede wszystkim nieznajomych do zostawiania jakichś śladów bytności, np. w księdze gości. Nie miejcie obaw, nie odinstaluję z tego powodu licznika.
niedziela, 3 maja 2009
"Tylko oryginał ma ten dobry klimat" - cz.4
Właściwie to już nie pamiętam jak trafiłem na mp3 tego albumu, dość, że po przeczytaniu składu zespołu ściągnąłem i przesłuchałem czem prędzej. Potem okazało się, że nigdzie nie ma wersji CD, co mnie bardzo zmartwiło. A jeszcze później dotarła do mnie informacja o planowanej reedycji albumu, właśnie na tymże nośniku. Ciężko było ją zdobyć, nigdzie jej przez długi czas nie mogłem znaleść, w końcu udało się. I trochę się zdenerwowałem, bo owa reedycja została wzbogacona tekstami jakiegoś dziecka, nie pamiętam teraz konkretnie kogo, w każdym razie pomysł mi się nie spodobał. Mowa o albumie "Ke ke ke" grupy Bakflip, wtedy jeszcze w składzie Afront, czyli Janek i Kasina czy jak go się tam pisze:D, oraz Marek Dulewicz, czyli człowiek odpowiedzialny za realizację choćby albumów O.s.t.r.a, jak również za gitarkę w jednym z utworów na "Jazzie w wolnych chwilach". Mieszanka dobrego rapu i gitarowego grania, mi takie połączenie osobiście bardzo odpowiada, choć są utwory, które omijam. Już jakiś czas temu pojawiło się "Dwunastu nędznych ludzi", na którym Janek większością tekstów mnie osobiście powalił, choć płyta charakter ma zdecydowanie katastroficzny. Taki chyba mój ulubiony utwór to "4 wersy". Niestety jeszcze nie doczekała się ta płyta wersji CD na mojej półce.
Wspominałem już o "DoReMiFaSofa", a ani słowa nie powiedziałem o "Many styles", czyli pierwszym dziele zespołu Sofa. Właściwie to powinienem zacząć od tego, że usłyszałem o nich w kontekście wspomnianego wczoraj koncertu O.s.t.r.a w radiowej trójce. Usłyszałem też ich, bo towarzyszyli wtedy Adamowi grając jego bity na żywo. Minął ponad rok, wieści o nich żadnych nie było, aż w końcu pojawiło się "Many styles". Przesłuchałem kilka razy, aż wreszcie kupiłem. Taki mój prywatny problem dotyczący tej płyty: refren z utworu nr 13 kojarzy mi się z czymś, ale do dziś nie doszedłem do tego z czym konkretnie. Może ktoś wie?
Ta płyta to było dla mnie jedno wielkie zaskoczenie. W momencie kiedy ją usłyszałem zacząłem się zastanawiać jak to się stało, że coś tak dobrego nie dotarło do mnie wcześniej. Kanał Audytywny, "Płyta skirtotymiczna" - nic dodać nic ująć. Od tego albumu zacząłem uważniej śledzić dokonania przede wszystkim Luca. Dwa jego kolejne dzieła są dla mnie jednak nieco trudniejsze w całościowym odbiorze, mniej tam hip-hopu, więcej eksperymentów różnego rodzaju. Takie jednak utwory jak "Radiowa piosenka o niczym", czy powiadamiający mnie swego czasu o tym, że ktoś dzwoni utworek o skrzyni biegów Ikarusa, to jak dla mnie klasyka. Potem była już zdecydowanie prostsza "Homoksymoronomatura", no i opisywany ok. pół roku temu "Planet Luc". "co to za styl pytaszszsz?" Dobry, ciekawy, wpisujący się raczej w koncepcję "Walczyć" niż w "Wygodnie żyć". I za to szacunek.
Jedną z tych produkcji, na których uczyłem się rapu był "Efekt" składu Fenomen. Pierwsza styczność z ich muzyką? Piotr Metz, najprawdopodobniej "Znaki zodiaku", ale było to tak dawno, że nie mam żadnej pewności. Na pewno było to jeszcze w RMF FM, pod koniec dobrych czasów tego radia i jednocześnie pod koniec działalności w nim pana Metza. Sam fakt, że usłyszałem rapowy polski utwór w tej stacji był już dla mnie sporym zaskoczeniem. Chyba udało mi się go wtedy nagrać na kasetę, potem dowiedziałem się, że to Fenomen, a kawałek ma tytuł "Szansa" i był bodajże w soundtracku do jakiegoś filmu. Zdobyłem cały album i jest to jedna z tych płyt, których jak słucham, to najczęściej od początku do końca. Czy mogłem kilka lat później nie kupić CD? Aż szkoda, że "Outsider" wypadł tak kiepsko. Miejmy jednak nadzieję, że jeszcze dostaniemy coś na miarę "Efektu".
Pisząc te posty cały czas przeglądam swoje zbiory i chwilami muszę się zastanawiać, czy wspominałem już o tym, co właśnie słyszę, czy jeszcze nie. O tej Epce jednak chyba jeszcze nie pisałem. Prawdopodobnie gdybym prowadził już wtedy bloga pojawiłby się wpis od razu po jej zakupie, ale że założyłem go pół roku później, więc piszę dopiero dziś. Wczoraj wspominałem o "Bleak output" oraz o płytach z Pezetem, mam jednak jeszcze jedno dzieło Noona. "Pewne sekwencje". Dziwaczne to zjawisko. W jednym z utworów jako werbel jest użyty - jestem tego prawie pewny - odgłos wydawany przez jakiegoś ptaka. Niestety ornitolog ze mnie żaden, więc zielonego nie mam pojęcia co to za skrzydlate stworzenie takowe werble z siebie wydaje. Jeden z utworów brzmi jakby był rodem z czasów pierwszych gier na konsole telewizyjne, przynajmniej do momentu pojawienia się sampla, który wrażenie to rozwiewa - kto zna, ten pewnie wie o czym mówię, kto nie zna niech posłucha. Niestety Noon nie lubi długich produkcji, wydaje rzadko i mało, a szkoda. W pewnym sensie go rozumiem, gdyż też podchodzę bardzo krytycznie do swoich produkcji, jednak popadać w przesadę też nie można.
Podczas którejś podróży do Warszawy postanowiłem umilić sobie czas czymś, czego nigdy wcześniej nie słyszałem. Wybór padł na "Ciężkie czasy" Eastwest rockers - i jakoś tak wyszło, że przesłuchałem całość od początku do końca z bardzo pozytywnym nastawieniem. Niedługo później kupiłem oryginał. Mnóstwo pozytywnej energii, która tak mi się zawsze podobała w muzyce rodem z Jamajki. Drugi album wyszedł nieco słabiej, niektóre utwory omijam choćby ze względu na autotune na wokalach. Drażni mnie to zwyczajnie.
Stare brzmienie, niesamowita perkusja, świetny klimat, duża popularność i sporo zarówno pozytywnych, jak i negatywnych opinii. Do mnie przekaz w takiej formie trafia w pełni, czego dowodem jest kolejny krążek na półce. Po pierwszym przesłuchaniu byłem pod sporym wrażeniem, które nie zmalało zbytnio do dziś. "Powstanie Warszawskie", Lao Che. Zaznaczam, że natknąłem się na tą płytę jakby przypadkiem, nigdy wcześniej nie słysząc ani o zespole ani o albumie, więc moje wrażenia nie były w żaden sposób zdeterminowane czyjąkolwiek opinią. Cóż, może po prostu te czasy w historii naszego kraju są mi jakoś wyjątkowo bliskie, dość, że robi ta płyta na mnie wrażenie. A zarzuty, że, najkrócej mówiąc, pod publiczkę? Pozwolę sobie nie komentować, chyba każdy ma swój rozum. Podobny zarzut padł też w stosunku do płyty "Gospel", tylko - dziwna rzecz - na tym albumie koncepcja Boga i jego kontaktu z człowiekiem jest wg mnie co najmniej kontrowersyjna i moherowej armii raczej na pewno by się nie spodobała.
Znów coś, co dostałem. W witrynach odbicia, "Masz i pomyśl". Dobre czasy. Jeśli słuchać Sokoła, to właśnie z WWO, nigdy TPWC. Solo Jędkera to też jakieś nieporozumienie, zresztą "Życie na kredycie" też mnie nie poraziło. Podsumowując to, czego słucham jeśli chodzi o twórczość tych panów to pierwsze dwa ich wspólne albumy i "Witam Was w rzeczywistości". Pierwszy i ostatni mam na CD. A skoro już o ostatnim mowa, to nie mogę do dziś się oprzeć myśli, że robienie dwuch osobnych albumów wydanych w tym samym czasie ("Życie na kredycie" i "Witam Was w rzeczywistości"), to ruch czysto dla pieniędzy. No bo dwupłytowego albumu za te same pieniądze przecież nikt nie kupi, trzebaby sprzedać taniej.
Skoro już mowa o dwupłytowych albumach, to kolejną znalezioną przeze mnie na półce pozycją jest "Najlepszą obroną jest atak" Slums-Attacku. Jakoś ostatnio nie wracam do tej płyty, ani w ogóle do twórczości Peji. Nie wiem w sumie dokładnie czemu, ale coś mnie odrzuca.
Pisałem już o płycie Fokusa "Alfa i omega"? Chyba nie, ale mam nadzieję, że znajdę jeszcze wśród tych kilku ostatnich płyt, jakie mi zostały coś, o czym jeszcze nie pisałem. W przeciwnym razie będę musiał kombinować jak tu zakończyć posta, żeby było pozytywnie. Bo Fokus mnie rozczarował. Trochę się z tym liczyłem, nie mniej jednak miałem nadzieję, że będzie nieco lepiej. Pewnie gdyby nie to, że kupiłem płytkę w ciemno Fokus sprzedałby o jeden egzemplarz mniej.
Płyta za płytą, wszystkie już opisywałem. Przez moment już myślałem, że sobie wykrakałem to kombinowanie z zakończeniem. I co? I jakże miło zostałem zaskoczony! Zostały mi dwie płyty, o których na pewno wypowiem się bardzo pozytywnie. Pierwsza to Stylowa Spółka Społem, "Powrót do przeszłości". Jedna z tych niedocenionych, naprawdę dobrych produkcji. Stare brzmienie, dobry technicznie rap, nic tylko słuchać, bo nastraja pozytywnie. Miło byłoby kiedyś jeszcze usłyszeć nowe SSS.
A co na deser? Zupełnie przypadkowo płyta rapera, który ten cykl zaczął. Płyta nieco starsza, bo z roku 2004. "Nic dziwnego", bo tak się ona zwie, to po prostu porcja mocnych, często ironicznych tekstów, które 5 lat temu pochłaniałem przy pierwszym przesłuchiwaniu marząc, żeby ta płyta nie była tak krótka.
Skoro już kończyć mi przyszło ów cykl o oryginałach, bo o każdej z płyt, które posiadam w swojej kolekcji parę słów napisałem, powiem jedynie, że tak naprawdę to nie koniec, z bardzo prostej przyczyny: Ci państwo, którzy pracują w sklepie, gdzie kupiłem większość krążków nie mogą przecież zapomnieć o moim istnieniu.
Wspominałem już o "DoReMiFaSofa", a ani słowa nie powiedziałem o "Many styles", czyli pierwszym dziele zespołu Sofa. Właściwie to powinienem zacząć od tego, że usłyszałem o nich w kontekście wspomnianego wczoraj koncertu O.s.t.r.a w radiowej trójce. Usłyszałem też ich, bo towarzyszyli wtedy Adamowi grając jego bity na żywo. Minął ponad rok, wieści o nich żadnych nie było, aż w końcu pojawiło się "Many styles". Przesłuchałem kilka razy, aż wreszcie kupiłem. Taki mój prywatny problem dotyczący tej płyty: refren z utworu nr 13 kojarzy mi się z czymś, ale do dziś nie doszedłem do tego z czym konkretnie. Może ktoś wie?
Ta płyta to było dla mnie jedno wielkie zaskoczenie. W momencie kiedy ją usłyszałem zacząłem się zastanawiać jak to się stało, że coś tak dobrego nie dotarło do mnie wcześniej. Kanał Audytywny, "Płyta skirtotymiczna" - nic dodać nic ująć. Od tego albumu zacząłem uważniej śledzić dokonania przede wszystkim Luca. Dwa jego kolejne dzieła są dla mnie jednak nieco trudniejsze w całościowym odbiorze, mniej tam hip-hopu, więcej eksperymentów różnego rodzaju. Takie jednak utwory jak "Radiowa piosenka o niczym", czy powiadamiający mnie swego czasu o tym, że ktoś dzwoni utworek o skrzyni biegów Ikarusa, to jak dla mnie klasyka. Potem była już zdecydowanie prostsza "Homoksymoronomatura", no i opisywany ok. pół roku temu "Planet Luc". "co to za styl pytaszszsz?" Dobry, ciekawy, wpisujący się raczej w koncepcję "Walczyć" niż w "Wygodnie żyć". I za to szacunek.
Jedną z tych produkcji, na których uczyłem się rapu był "Efekt" składu Fenomen. Pierwsza styczność z ich muzyką? Piotr Metz, najprawdopodobniej "Znaki zodiaku", ale było to tak dawno, że nie mam żadnej pewności. Na pewno było to jeszcze w RMF FM, pod koniec dobrych czasów tego radia i jednocześnie pod koniec działalności w nim pana Metza. Sam fakt, że usłyszałem rapowy polski utwór w tej stacji był już dla mnie sporym zaskoczeniem. Chyba udało mi się go wtedy nagrać na kasetę, potem dowiedziałem się, że to Fenomen, a kawałek ma tytuł "Szansa" i był bodajże w soundtracku do jakiegoś filmu. Zdobyłem cały album i jest to jedna z tych płyt, których jak słucham, to najczęściej od początku do końca. Czy mogłem kilka lat później nie kupić CD? Aż szkoda, że "Outsider" wypadł tak kiepsko. Miejmy jednak nadzieję, że jeszcze dostaniemy coś na miarę "Efektu".
Pisząc te posty cały czas przeglądam swoje zbiory i chwilami muszę się zastanawiać, czy wspominałem już o tym, co właśnie słyszę, czy jeszcze nie. O tej Epce jednak chyba jeszcze nie pisałem. Prawdopodobnie gdybym prowadził już wtedy bloga pojawiłby się wpis od razu po jej zakupie, ale że założyłem go pół roku później, więc piszę dopiero dziś. Wczoraj wspominałem o "Bleak output" oraz o płytach z Pezetem, mam jednak jeszcze jedno dzieło Noona. "Pewne sekwencje". Dziwaczne to zjawisko. W jednym z utworów jako werbel jest użyty - jestem tego prawie pewny - odgłos wydawany przez jakiegoś ptaka. Niestety ornitolog ze mnie żaden, więc zielonego nie mam pojęcia co to za skrzydlate stworzenie takowe werble z siebie wydaje. Jeden z utworów brzmi jakby był rodem z czasów pierwszych gier na konsole telewizyjne, przynajmniej do momentu pojawienia się sampla, który wrażenie to rozwiewa - kto zna, ten pewnie wie o czym mówię, kto nie zna niech posłucha. Niestety Noon nie lubi długich produkcji, wydaje rzadko i mało, a szkoda. W pewnym sensie go rozumiem, gdyż też podchodzę bardzo krytycznie do swoich produkcji, jednak popadać w przesadę też nie można.
Podczas którejś podróży do Warszawy postanowiłem umilić sobie czas czymś, czego nigdy wcześniej nie słyszałem. Wybór padł na "Ciężkie czasy" Eastwest rockers - i jakoś tak wyszło, że przesłuchałem całość od początku do końca z bardzo pozytywnym nastawieniem. Niedługo później kupiłem oryginał. Mnóstwo pozytywnej energii, która tak mi się zawsze podobała w muzyce rodem z Jamajki. Drugi album wyszedł nieco słabiej, niektóre utwory omijam choćby ze względu na autotune na wokalach. Drażni mnie to zwyczajnie.
Stare brzmienie, niesamowita perkusja, świetny klimat, duża popularność i sporo zarówno pozytywnych, jak i negatywnych opinii. Do mnie przekaz w takiej formie trafia w pełni, czego dowodem jest kolejny krążek na półce. Po pierwszym przesłuchaniu byłem pod sporym wrażeniem, które nie zmalało zbytnio do dziś. "Powstanie Warszawskie", Lao Che. Zaznaczam, że natknąłem się na tą płytę jakby przypadkiem, nigdy wcześniej nie słysząc ani o zespole ani o albumie, więc moje wrażenia nie były w żaden sposób zdeterminowane czyjąkolwiek opinią. Cóż, może po prostu te czasy w historii naszego kraju są mi jakoś wyjątkowo bliskie, dość, że robi ta płyta na mnie wrażenie. A zarzuty, że, najkrócej mówiąc, pod publiczkę? Pozwolę sobie nie komentować, chyba każdy ma swój rozum. Podobny zarzut padł też w stosunku do płyty "Gospel", tylko - dziwna rzecz - na tym albumie koncepcja Boga i jego kontaktu z człowiekiem jest wg mnie co najmniej kontrowersyjna i moherowej armii raczej na pewno by się nie spodobała.
Znów coś, co dostałem. W witrynach odbicia, "Masz i pomyśl". Dobre czasy. Jeśli słuchać Sokoła, to właśnie z WWO, nigdy TPWC. Solo Jędkera to też jakieś nieporozumienie, zresztą "Życie na kredycie" też mnie nie poraziło. Podsumowując to, czego słucham jeśli chodzi o twórczość tych panów to pierwsze dwa ich wspólne albumy i "Witam Was w rzeczywistości". Pierwszy i ostatni mam na CD. A skoro już o ostatnim mowa, to nie mogę do dziś się oprzeć myśli, że robienie dwuch osobnych albumów wydanych w tym samym czasie ("Życie na kredycie" i "Witam Was w rzeczywistości"), to ruch czysto dla pieniędzy. No bo dwupłytowego albumu za te same pieniądze przecież nikt nie kupi, trzebaby sprzedać taniej.
Skoro już mowa o dwupłytowych albumach, to kolejną znalezioną przeze mnie na półce pozycją jest "Najlepszą obroną jest atak" Slums-Attacku. Jakoś ostatnio nie wracam do tej płyty, ani w ogóle do twórczości Peji. Nie wiem w sumie dokładnie czemu, ale coś mnie odrzuca.
Pisałem już o płycie Fokusa "Alfa i omega"? Chyba nie, ale mam nadzieję, że znajdę jeszcze wśród tych kilku ostatnich płyt, jakie mi zostały coś, o czym jeszcze nie pisałem. W przeciwnym razie będę musiał kombinować jak tu zakończyć posta, żeby było pozytywnie. Bo Fokus mnie rozczarował. Trochę się z tym liczyłem, nie mniej jednak miałem nadzieję, że będzie nieco lepiej. Pewnie gdyby nie to, że kupiłem płytkę w ciemno Fokus sprzedałby o jeden egzemplarz mniej.
Płyta za płytą, wszystkie już opisywałem. Przez moment już myślałem, że sobie wykrakałem to kombinowanie z zakończeniem. I co? I jakże miło zostałem zaskoczony! Zostały mi dwie płyty, o których na pewno wypowiem się bardzo pozytywnie. Pierwsza to Stylowa Spółka Społem, "Powrót do przeszłości". Jedna z tych niedocenionych, naprawdę dobrych produkcji. Stare brzmienie, dobry technicznie rap, nic tylko słuchać, bo nastraja pozytywnie. Miło byłoby kiedyś jeszcze usłyszeć nowe SSS.
A co na deser? Zupełnie przypadkowo płyta rapera, który ten cykl zaczął. Płyta nieco starsza, bo z roku 2004. "Nic dziwnego", bo tak się ona zwie, to po prostu porcja mocnych, często ironicznych tekstów, które 5 lat temu pochłaniałem przy pierwszym przesłuchiwaniu marząc, żeby ta płyta nie była tak krótka.
Skoro już kończyć mi przyszło ów cykl o oryginałach, bo o każdej z płyt, które posiadam w swojej kolekcji parę słów napisałem, powiem jedynie, że tak naprawdę to nie koniec, z bardzo prostej przyczyny: Ci państwo, którzy pracują w sklepie, gdzie kupiłem większość krążków nie mogą przecież zapomnieć o moim istnieniu.
sobota, 2 maja 2009
"Tylko oryginał ma ten dobry klimat" - cz.3
Swego czasu zabrałem się za przeglądanie na allegro polskich rapowych płyt. Wpadły mi w ręce dość tanie albumy "Dobra częstotliwość" Praktika i "Bleak output" Noona. Ten drugi niestety w reedycji, która, choć poszerzona o taki np. "Vision" z Dj Twisterem, została jednak uszczuplona o jeden utwór oraz kawałek drugiego. Płyta bardzo ciekawa, seria mistrzowsko poskładanych starych sampli z winyli. Przyjemnie się tego słucha. Niestety za pierwszą edycję sprzedający chcieli jakieś spore pieniądze, o ile w ogóle była, bo w sumie nie pamiętam. Na pewnym etapie przestałem się interesować jej zakupem. Praktik natomiast to już trochę inny klimat, więcej tu rapu, ale na dobrych bitach, a i jazzowania nie zabrakło: "Dobra częstotliwość" czy "Freddie".
Rzadko kupuję zagraniczny rap. Nie wychowałem się na nim, moja znajomość angielskiego nie jest też na tyle dobra, żeby zrozumieć o czym panowie nawijają. Jednym z wyjątków od tej reguły była płyta Nasa "Hip-hop is death" - i właściwie chyba tylko dlatego, że była w polskiej cenie. Jedno z tych moich spontanicznych działań, które czasem kończą się miłą niespodzianką, a czasem rozczarowaniem. Do tej płyty raczej często nie wracam, już chyba częściej odpalam "Illmatic", niestety nie z oryginału.
W poprzednim poście pisałem o albumach O.s.t.r.a, nie wspomniałem jednak o pewnej niepozornej płytce, którą dostałem swego czasu od koleżanki. Nagranie z koncertu w radiowej trójce z roku 2004. Nie jestem pewny, ale wydaje mi się, że właśnie ten koncert był wyemitowany w całości dopiero następnego dnia, gdyż z niewiadomych przyczyn dźwięk wysyłany w eter podczas samego koncertu był wątpliwej jakości. Jakaś dobra dusza zarejestrowała go i udostępniła w sieci, więc można było go sobie posłuchać i powspominać, a potem była już płytka. Jako że jednak na płytce nie ma elementów takich jak życzenia świąteczne postanowiłem zachować sobie również tamto nagranie. Był to pierwszy koncert Adama jaki miałem okazję usłyszeć. Ponad 2 lata później dopiero dane mi było pojawić się na koncercie osobiście, co zresztą do dziś wspominam bardzo pozytywnie.
Skoro już mowa o płytach, które dostałem, to nie mogę pominąć płytki demo zespołu mojego kumpla z klasy. Ciężko, metalowo, dobrze. Jedyne co mnie od tej płytki odrzuca to wokal, po prostu takowego nie lubię. Miałem okazję słyszeć kilka prób zespołu i ogólne wrażenie jest bardzo pozytywne.
"Nie ma takiego drugiego" składu Ego to chyba jedna z tańszych płyt, jakie kiedykolwiek kupiłem. Kosztowała dosłownie kilkanaście złotych i chyba właściwie dlatego stoi na mojej półce, bo kupowałem w ciemno. Jakoś tak najbardziej utkwił mi w pamięci drugi utwór, możliwe jednak, że to się zmieni niedługo, kiedy wreszcie spokojnie usiądę przy tej płycie i ze skupieniem przesłucham ją od początku do końca.
Jeżeli "Bleak output" Noona był w reedycji okrojony, to jedna z dwuch płyt, o których teraz napiszę została po prostu zmasakrowana w swej "Specjalnej edycji". Brak wszystkich skitów, włącznie z outrem, nie wiedzieć czemu brak też początku i końca pierwszego utworu oraz jednego z lepszych kawałków. Mowa o "Muzyce klasycznej" Pezeta i Noona, którą kupiłem w zestawie z "Muzyką poważną". W sumie nie straciłem wiele, bo za samą muzykę poważną zapłaciłbym pewnie podobną kwotę, jednak kiedy w sklepie usłyszałem, że w komisie jest "normalne" wydanie "Muzyki klasycznej" kupiłem prawie bez zastanowienia. Ciekawe ile ta płyta teraz jest warta. Jeden z pierwszych rapowych albumów, jakie słyszałem. "Muzyka poważna" natomiast to już trochę inny klimat. Usłyszałem ją pierwszy raz niestety nie z oryginału tak jakby sobie tego Pezet życzył, ale z kopii na CD, którą przywiózł do Krakowa mój "Nauczyciel hip-hopu". Jeżeli już miałbym wyróżnić jakiś utwór z tej płyty, to wybrałbym "Nie jestem dawno" - za bit. Zresztą w moim odczuciu Noon zrobił dla tej płyty zdecydowanie więcej dobrego, niż Pezet.
Z dostępem do muzyki tego zespołu były same problemy, oczywiście do momentu, kiedy nie zdecydowałem się po prostu kupić najpierw pierwszego, a potem i drugiego albumu. Gdzieś w jakimś spisie rapowych produkcji trafiłem na, jak się później okazało niezbyt rapowy album 15 minut projekt, pod tym samym tytułem. Nijak nie mogłem go znaleść w internecie, słyszałem jedynie singiel "Najdłuższy chillout w mieście" z Sokołem i Anią Szarmah o ile dobrze pamiętam. Nic więc dziwnego, że byłem nieco zszokowany tym, co dostałem na krążku. Sporo rytmów mocno drum and basowych, zdecydowanie mniej rapu niż przypuszczałem. Czy się rozczarowałem? Zdecydowanie nie. Dwa najszybsze bodajże utwory trafiły nawet na moją playlistę w telefonie i umilały mi często czas podróży.
Jakiś czas później usłyszałem gdzieś o płytce "Live in punkt". Znalazłem gdzieś mocno skompresowane aac, które rzecz jasna nie mogły mi wystarczyć. Tutaj już wokalu praktycznie w ogóle nie ma, jest za to sporo energii, dużo miłych klawiszy, no i prawie ciągle szybkie tempo. Warto posłuchać, na mnie działa zdecydowanie pozytywnie.
Znowu coś, co dostałem. Dwupłytowy album, który jeden z moich przyjaciół kupił pod wpływem sam nie wiem czego i w związku z tym, że pożałował tego zakupu postanowił mi ów album oddać, jako że podoba mi się on bardziej, niż jemu. Mowa o "Hipertrofii" Comy. Właściwie mam mieszane uczucia w związku z tą płytą. Większości utworów słucham chętnie, jednak czegoś tu brakuje. Właściwie gdyby porównać "Pierwsze wyjście z mroku" i "Hipertrofię", to różnica jest niesamowita. Obie płyty mają swoje plusy, w pierwszej jest jednak jakby więcej takiej czysto rockowej energii, "Hipertrofia" natomiast to już trochę eksperymentów, różnie zresztą ocenianych przez fanów.
Skoro już o Comie mowa, to mam również w kolekcji drugi ich album, "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków". Tutaj jakby jest zdrowa równowaga pomiędzy tym co dobre na pierwszej i na ostatniej płycie i może dlatego najchętniej słucham właśnie tego albumu. Zamierzam również kupić "Pierwsze wyjście z mroku", choćby ze względu na sentyment i skojarzenia, ale na to opuszczę zasłonę milczenia.
Tym oto przewybitnie wybitnym rymem postanawiam zakończyć trzecią oficjalną odsłonę cyklu "Tylko oryginał ma ten dobry klimat". CDN
Rzadko kupuję zagraniczny rap. Nie wychowałem się na nim, moja znajomość angielskiego nie jest też na tyle dobra, żeby zrozumieć o czym panowie nawijają. Jednym z wyjątków od tej reguły była płyta Nasa "Hip-hop is death" - i właściwie chyba tylko dlatego, że była w polskiej cenie. Jedno z tych moich spontanicznych działań, które czasem kończą się miłą niespodzianką, a czasem rozczarowaniem. Do tej płyty raczej często nie wracam, już chyba częściej odpalam "Illmatic", niestety nie z oryginału.
W poprzednim poście pisałem o albumach O.s.t.r.a, nie wspomniałem jednak o pewnej niepozornej płytce, którą dostałem swego czasu od koleżanki. Nagranie z koncertu w radiowej trójce z roku 2004. Nie jestem pewny, ale wydaje mi się, że właśnie ten koncert był wyemitowany w całości dopiero następnego dnia, gdyż z niewiadomych przyczyn dźwięk wysyłany w eter podczas samego koncertu był wątpliwej jakości. Jakaś dobra dusza zarejestrowała go i udostępniła w sieci, więc można było go sobie posłuchać i powspominać, a potem była już płytka. Jako że jednak na płytce nie ma elementów takich jak życzenia świąteczne postanowiłem zachować sobie również tamto nagranie. Był to pierwszy koncert Adama jaki miałem okazję usłyszeć. Ponad 2 lata później dopiero dane mi było pojawić się na koncercie osobiście, co zresztą do dziś wspominam bardzo pozytywnie.
Skoro już mowa o płytach, które dostałem, to nie mogę pominąć płytki demo zespołu mojego kumpla z klasy. Ciężko, metalowo, dobrze. Jedyne co mnie od tej płytki odrzuca to wokal, po prostu takowego nie lubię. Miałem okazję słyszeć kilka prób zespołu i ogólne wrażenie jest bardzo pozytywne.
"Nie ma takiego drugiego" składu Ego to chyba jedna z tańszych płyt, jakie kiedykolwiek kupiłem. Kosztowała dosłownie kilkanaście złotych i chyba właściwie dlatego stoi na mojej półce, bo kupowałem w ciemno. Jakoś tak najbardziej utkwił mi w pamięci drugi utwór, możliwe jednak, że to się zmieni niedługo, kiedy wreszcie spokojnie usiądę przy tej płycie i ze skupieniem przesłucham ją od początku do końca.
Jeżeli "Bleak output" Noona był w reedycji okrojony, to jedna z dwuch płyt, o których teraz napiszę została po prostu zmasakrowana w swej "Specjalnej edycji". Brak wszystkich skitów, włącznie z outrem, nie wiedzieć czemu brak też początku i końca pierwszego utworu oraz jednego z lepszych kawałków. Mowa o "Muzyce klasycznej" Pezeta i Noona, którą kupiłem w zestawie z "Muzyką poważną". W sumie nie straciłem wiele, bo za samą muzykę poważną zapłaciłbym pewnie podobną kwotę, jednak kiedy w sklepie usłyszałem, że w komisie jest "normalne" wydanie "Muzyki klasycznej" kupiłem prawie bez zastanowienia. Ciekawe ile ta płyta teraz jest warta. Jeden z pierwszych rapowych albumów, jakie słyszałem. "Muzyka poważna" natomiast to już trochę inny klimat. Usłyszałem ją pierwszy raz niestety nie z oryginału tak jakby sobie tego Pezet życzył, ale z kopii na CD, którą przywiózł do Krakowa mój "Nauczyciel hip-hopu". Jeżeli już miałbym wyróżnić jakiś utwór z tej płyty, to wybrałbym "Nie jestem dawno" - za bit. Zresztą w moim odczuciu Noon zrobił dla tej płyty zdecydowanie więcej dobrego, niż Pezet.
Z dostępem do muzyki tego zespołu były same problemy, oczywiście do momentu, kiedy nie zdecydowałem się po prostu kupić najpierw pierwszego, a potem i drugiego albumu. Gdzieś w jakimś spisie rapowych produkcji trafiłem na, jak się później okazało niezbyt rapowy album 15 minut projekt, pod tym samym tytułem. Nijak nie mogłem go znaleść w internecie, słyszałem jedynie singiel "Najdłuższy chillout w mieście" z Sokołem i Anią Szarmah o ile dobrze pamiętam. Nic więc dziwnego, że byłem nieco zszokowany tym, co dostałem na krążku. Sporo rytmów mocno drum and basowych, zdecydowanie mniej rapu niż przypuszczałem. Czy się rozczarowałem? Zdecydowanie nie. Dwa najszybsze bodajże utwory trafiły nawet na moją playlistę w telefonie i umilały mi często czas podróży.
Jakiś czas później usłyszałem gdzieś o płytce "Live in punkt". Znalazłem gdzieś mocno skompresowane aac, które rzecz jasna nie mogły mi wystarczyć. Tutaj już wokalu praktycznie w ogóle nie ma, jest za to sporo energii, dużo miłych klawiszy, no i prawie ciągle szybkie tempo. Warto posłuchać, na mnie działa zdecydowanie pozytywnie.
Znowu coś, co dostałem. Dwupłytowy album, który jeden z moich przyjaciół kupił pod wpływem sam nie wiem czego i w związku z tym, że pożałował tego zakupu postanowił mi ów album oddać, jako że podoba mi się on bardziej, niż jemu. Mowa o "Hipertrofii" Comy. Właściwie mam mieszane uczucia w związku z tą płytą. Większości utworów słucham chętnie, jednak czegoś tu brakuje. Właściwie gdyby porównać "Pierwsze wyjście z mroku" i "Hipertrofię", to różnica jest niesamowita. Obie płyty mają swoje plusy, w pierwszej jest jednak jakby więcej takiej czysto rockowej energii, "Hipertrofia" natomiast to już trochę eksperymentów, różnie zresztą ocenianych przez fanów.
Skoro już o Comie mowa, to mam również w kolekcji drugi ich album, "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków". Tutaj jakby jest zdrowa równowaga pomiędzy tym co dobre na pierwszej i na ostatniej płycie i może dlatego najchętniej słucham właśnie tego albumu. Zamierzam również kupić "Pierwsze wyjście z mroku", choćby ze względu na sentyment i skojarzenia, ale na to opuszczę zasłonę milczenia.
Tym oto przewybitnie wybitnym rymem postanawiam zakończyć trzecią oficjalną odsłonę cyklu "Tylko oryginał ma ten dobry klimat". CDN
niedziela, 19 kwietnia 2009
"Poezjo na ulicę!"
Po kilku dniach oczekiwania na płytę "Poeci" White House miałem okazję wczoraj ją przesłuchać. Sam pomysł na album jest bardzo ciekawy, warto więc napisać jak to wyszło w praktyce.
Najpierw kilka słów dla niewtajemniczonych: Płyta "Poeci" to zbiór 14 wierszy naszych polskich poetów, zarymowanych do bitów White House przez takich raperów jak np. Wall-E, L.U.C. czy Peja. Mam jedynie wrażenie, że O.s.t.r. rymuje tutaj swój własny tekst, ale nie mam pojęcia dlaczego.
Teraz moja subiektywna opinia na temat całej płyty i każdego utworu z osobna. Zacznijmy więc od początku:
Płytę rozpoczyna Wall-E rymujący wiersz "Poeci do publiczności" Adama Asnyka. Jako intro do płyty pasuje idealnie, pomimo, że jest napisany takim a nie innym językiem i wedłóg mnie było to dla Waldemara wyzwanie. Potem mamy Lilu i "Lokomotywę". Nie wiem kto stwierdził, że to wiersz dla dzieci. Może dziś tak, ale o ile mi wiadomo Tuwim pisał go w zupełnie innym celu. Wyszło całkiem nieźle, słucha się tego miło. Kolejny utwór to jeden z moich faworytów. Nie przepadam za twórczością Górala, ale z wierszem Lechonia poradził sobie mistrzowsko. No i ten fortepian! Oj będzie ten utwór na mojej playliście długo jeszcze.
Po przeczytaniu tracklisty zastanawiałem się dlaczego L.u.c. rymuje aż dwa utwory. Słuchając płyty natomiast właściwie nie poczułem przejścia pomiędzy nimi, są rymowane pod ten sam bit i można nawet odnieść wrażenie, że stanowią jedną całość, choć są to wiersze dwuch różnych autorów. Podobnie jak w przypadku Piha, o którym napiszę za chwilę, od razu wiadomo tutaj dlaczego wybór padł na ten a nie żaden inny wiersz. Bardzo solidny punkt całego albumu, który również nieraz jeszcze zagości w moich głośnikach.
Kolejny utwór to niestety w moim odczuciu pierwszy minus dla tej płyty. Nie dość, że bit bazuje na samplu, który już dobrze znamy z utworu WWO, to Numer poradził sobie z wierszem Krasickiego dość średnio. Nie trafia to do mnie kompletnie i właściwie nie wiem czemu wybór nie padł na jakiś inny wiersz.
Dalej mamy Sokoła, który w iście grobowy sposób zarymował wiersz "Niech nikt nad grobem mi nie płacze" Wyspiańskiego. Jest w porządku, jednak być może właśnie ze względu na ten grobowy klimat nie jest to raczej mój numer 1.
Drugi i na szczęście ostatni słaby punkt to Peja w wierszu Pijak. Jakoś tak monotonnie, każdy wers zarymowany właściwie z takim samym flow. Hiperpoprawne "Się" zwiększa jeszcze moje negatywne wrażenia. Trzeba przyznać, że nie tylko on tak to słowo wymawia, ale u niego jakoś wyjątkowo to razi.
Gdybym nie wiedział, że kolejny utwór rymuje Roszja byłbym skłonny przypuszczać, że to Fisz. Bardzo podobne flow, minimalna różnica w barwie głosu, a wiersz też jakoś wybitnie pasuje do Fisza. Ogółem nieźle, choć to podobieństwo może zbyt duże.
W kolejnym utworze obawiałem się katastrofy, a wyszło nadspodziewanie dobrze. Trzeci wymiar poradził sobie z "Redutą Ordona" może nie wybitnie, ale na poziomie. Szczególnie trafiają do mnie osobiście wersy dotyczące cara.
Ciąg dalszy to Łona w nieznanym mi dotychczas wierszu "Młodzieżowy zaciąg". Szczerze mówiąc do niego pasowałby mi raczej jakiś wiersz pełny ironii i humoru, bo choć wyszło mu to nieźle wydaje mi się, że mogłoby być dużo lepiej.
Pih nie mógł chyba zarymować niczego innego, właściwie gdybym miał strzelać jaki wiersz będzie wykonywał stawiałbym od razu na Tetmajera "Lubię, kiedy kobieta". Jak wyszło? Tak jak zwykle u Piha w tego typu klimatach. Jeśli o mnie chodzi nie odpowiada mi takie podejście do kobiet, natomiast jeśli ktoś myśli podobnie jak Pih, to nie powinien się zawieść.
Takiego disa nie powstydziłby się chyba najlepszy raper. Zresztą interpretacja Fokusa również jest mocna. Mowa o wierszu Tuwima "Całujcie mnie wszyscy w dupę". Właściwie nic dodać nic ująć, mogę tylko powiedzieć, że raperzy mogliby brać z Tuwima przykład.
Nie bardzo wiem o co właściwie chodzi z tym utworem. Dlaczego Ostry rymuje tu swój tekst? Bo wygląda na to, że to rymy jego autorstwa. Abstrachując od tego utwór jest całkiem niezły, jest kilka mocnych tekstów, mamy obrazek, który możnaby streścić w słowach: "Nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina brak" - albo jakoś tak:D.
Warto zwrócić uwagę na fakt, że muzyka w większości utworów jest do nich wręcz idealnie dopasowana. Gdyby patrzeć na płytę pod tym kątem zdecydowanym numerem 1 jest wiersz Lechonia "Mochnacki" w interpretacji Górala. Wiersz opisujący w dużej mierze muzykę teraz został całkiem nieźle muzyką zilustrowany i za to duży plus dla White House.
W myśl zasady, żeby chwalić obficie, a krytykować oszczędnie powiem, że suma sumarum nie jestem zawiedziony. Projekt był wyzwaniem, przede wszystkim dla raperów, w pewnym stopniu również dla producentów, którzy musieli zrobić muzykę pasującą do treści wierszy. Niektórzy poradzili sobie lepiej, inni gorzej, jednak poza wspomnianymi Numerem I Peją pozostali trzymają przyzwoity poziom. Jeśli więc popatrzeć na tę płytę przez pryzmat słów Asnyka "Tacy poeci, jaka jest publiczność" myślę, że nie mamy się czego wstydzić.
Najpierw kilka słów dla niewtajemniczonych: Płyta "Poeci" to zbiór 14 wierszy naszych polskich poetów, zarymowanych do bitów White House przez takich raperów jak np. Wall-E, L.U.C. czy Peja. Mam jedynie wrażenie, że O.s.t.r. rymuje tutaj swój własny tekst, ale nie mam pojęcia dlaczego.
Teraz moja subiektywna opinia na temat całej płyty i każdego utworu z osobna. Zacznijmy więc od początku:
Płytę rozpoczyna Wall-E rymujący wiersz "Poeci do publiczności" Adama Asnyka. Jako intro do płyty pasuje idealnie, pomimo, że jest napisany takim a nie innym językiem i wedłóg mnie było to dla Waldemara wyzwanie. Potem mamy Lilu i "Lokomotywę". Nie wiem kto stwierdził, że to wiersz dla dzieci. Może dziś tak, ale o ile mi wiadomo Tuwim pisał go w zupełnie innym celu. Wyszło całkiem nieźle, słucha się tego miło. Kolejny utwór to jeden z moich faworytów. Nie przepadam za twórczością Górala, ale z wierszem Lechonia poradził sobie mistrzowsko. No i ten fortepian! Oj będzie ten utwór na mojej playliście długo jeszcze.
Po przeczytaniu tracklisty zastanawiałem się dlaczego L.u.c. rymuje aż dwa utwory. Słuchając płyty natomiast właściwie nie poczułem przejścia pomiędzy nimi, są rymowane pod ten sam bit i można nawet odnieść wrażenie, że stanowią jedną całość, choć są to wiersze dwuch różnych autorów. Podobnie jak w przypadku Piha, o którym napiszę za chwilę, od razu wiadomo tutaj dlaczego wybór padł na ten a nie żaden inny wiersz. Bardzo solidny punkt całego albumu, który również nieraz jeszcze zagości w moich głośnikach.
Kolejny utwór to niestety w moim odczuciu pierwszy minus dla tej płyty. Nie dość, że bit bazuje na samplu, który już dobrze znamy z utworu WWO, to Numer poradził sobie z wierszem Krasickiego dość średnio. Nie trafia to do mnie kompletnie i właściwie nie wiem czemu wybór nie padł na jakiś inny wiersz.
Dalej mamy Sokoła, który w iście grobowy sposób zarymował wiersz "Niech nikt nad grobem mi nie płacze" Wyspiańskiego. Jest w porządku, jednak być może właśnie ze względu na ten grobowy klimat nie jest to raczej mój numer 1.
Drugi i na szczęście ostatni słaby punkt to Peja w wierszu Pijak. Jakoś tak monotonnie, każdy wers zarymowany właściwie z takim samym flow. Hiperpoprawne "Się" zwiększa jeszcze moje negatywne wrażenia. Trzeba przyznać, że nie tylko on tak to słowo wymawia, ale u niego jakoś wyjątkowo to razi.
Gdybym nie wiedział, że kolejny utwór rymuje Roszja byłbym skłonny przypuszczać, że to Fisz. Bardzo podobne flow, minimalna różnica w barwie głosu, a wiersz też jakoś wybitnie pasuje do Fisza. Ogółem nieźle, choć to podobieństwo może zbyt duże.
W kolejnym utworze obawiałem się katastrofy, a wyszło nadspodziewanie dobrze. Trzeci wymiar poradził sobie z "Redutą Ordona" może nie wybitnie, ale na poziomie. Szczególnie trafiają do mnie osobiście wersy dotyczące cara.
Ciąg dalszy to Łona w nieznanym mi dotychczas wierszu "Młodzieżowy zaciąg". Szczerze mówiąc do niego pasowałby mi raczej jakiś wiersz pełny ironii i humoru, bo choć wyszło mu to nieźle wydaje mi się, że mogłoby być dużo lepiej.
Pih nie mógł chyba zarymować niczego innego, właściwie gdybym miał strzelać jaki wiersz będzie wykonywał stawiałbym od razu na Tetmajera "Lubię, kiedy kobieta". Jak wyszło? Tak jak zwykle u Piha w tego typu klimatach. Jeśli o mnie chodzi nie odpowiada mi takie podejście do kobiet, natomiast jeśli ktoś myśli podobnie jak Pih, to nie powinien się zawieść.
Takiego disa nie powstydziłby się chyba najlepszy raper. Zresztą interpretacja Fokusa również jest mocna. Mowa o wierszu Tuwima "Całujcie mnie wszyscy w dupę". Właściwie nic dodać nic ująć, mogę tylko powiedzieć, że raperzy mogliby brać z Tuwima przykład.
Nie bardzo wiem o co właściwie chodzi z tym utworem. Dlaczego Ostry rymuje tu swój tekst? Bo wygląda na to, że to rymy jego autorstwa. Abstrachując od tego utwór jest całkiem niezły, jest kilka mocnych tekstów, mamy obrazek, który możnaby streścić w słowach: "Nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina brak" - albo jakoś tak:D.
Warto zwrócić uwagę na fakt, że muzyka w większości utworów jest do nich wręcz idealnie dopasowana. Gdyby patrzeć na płytę pod tym kątem zdecydowanym numerem 1 jest wiersz Lechonia "Mochnacki" w interpretacji Górala. Wiersz opisujący w dużej mierze muzykę teraz został całkiem nieźle muzyką zilustrowany i za to duży plus dla White House.
W myśl zasady, żeby chwalić obficie, a krytykować oszczędnie powiem, że suma sumarum nie jestem zawiedziony. Projekt był wyzwaniem, przede wszystkim dla raperów, w pewnym stopniu również dla producentów, którzy musieli zrobić muzykę pasującą do treści wierszy. Niektórzy poradzili sobie lepiej, inni gorzej, jednak poza wspomnianymi Numerem I Peją pozostali trzymają przyzwoity poziom. Jeśli więc popatrzeć na tę płytę przez pryzmat słów Asnyka "Tacy poeci, jaka jest publiczność" myślę, że nie mamy się czego wstydzić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)