środa, 15 kwietnia 2009

Jeszcze raz o oryginale i jego dobrym klimacie

Co za czasy! Przyzwyczaił się człowiek do kupowania oryginalnych płyt i nagle się okazuje, że co rusz wychodzi płyta, której po prostu nie można nie kupić! I nie ważne, że właściwie stan portfela na to nie pozwala. Zresztą - bądźmy szczerzy - wolę mieć kłopoty finansowe, bo kupiłem zbyt dużo płyt, niż zastanawiać się na jaką płytę w ogóle warto cokolwiek wydać. Zawsze tak było. To znaczy zawsze odkąd mogłem sobie pozwolić na "wyrzucanie" z konta/portfela takich sum. I zawsze sprawiało mi to taką samą radość. Z tym nie da się porównać zakupu jakichś marnych mp3 przez internet. Dacie bezstratną jakość, porozmawiamy, ale mp3 nie kupię. No ale to temat na osobnego posta.
C, D, E, F, G, f - gdyby tak zatytułowali swoją płytę niewiele miałoby to sensu. "Te same dźwięki ktoś inaczej ponazywał..." i: DoReMiFaSofa - od razu wszystko jasne, prawda? Znalazłem informację o tym albumie dosłownie tydzień przed jego premierą i już wiedziałem, że 30 zł niemoje. Zakupiłem, jak to ja, w dniu premiery i od tego czasu nie ma płyty, której słuchałbym częściej. Jasne, że niedługo pewnie to się zmieni, jednak nie każdy artysta czy zespół trafia w mój gust na tyle mocno, żebym słuchał go tak często przez tak długi czas. Krótko mówiąc najwyższe wyrazy uznania dla zespołu, który nawiasem mówiąc jutro będę miał przyjemność usłyszeć na żywo w ramach koncertu O.s.t.r.a. No, nie tyle jutro, co pojutrze, prawdopodobnie ok. 1 w nocy, ze względu na żałobę narodową, o której też powinien powstać osobny post.
Powiększam kolekcję winyli. Daleko mi co prawda do 3000 płyt Adama, ale od czegoś trzeba zacząć, a że ja zaczynam od zera, więc wynik 90 albumów, jaki przewiduję osiągnąć w dniu jutrzejszym to już dużo. Tymczasem jednak jestem właścicielem ok. 20 płyt, z których jedna leży obok mnie. Mój najświeższy zakup, album, który po prostu musiałem mieć na wosku: "Dark Side of the moon" grupy Pink Floyd. Nie będę się rozwodził nad tą płytą, powiem tylko, że zwyczajnie mi się podoba i już nie mogę się doczekać kiedy usłyszę jak brzmi z winyla.
A propos Pink Floydów: Postanowiłem zorientować się w jakich cenach są ich płyty, bo być może będę chciał sobie skompletować dyskografię. Trafiłem na box ze wszystkimi studyjnymi albumami, 16 płyt, 14 albumów, cena nieco ponad 700 zł. Szybkie obliczenia: 700/14=50 - wygląda na to, że sprawa jest nieco nieopłacalna, coś tu jest nie tak. Zajrzałem na stronę innego sklepu i tam okazało się, że ten sam box kosztuje 499 zł! Jesteście sobie w stanie wyobrazić taką różnicę cen?
A co przed nami? Ano będzie ciekawie. W poniedziałek zostawię w sklepie muzycznym kolejne 30 zł, ale za to w moich głośnikach zagości bardzo ciekawie się zapowiadający album White House "Poeci". Więcej może napiszę po przesłuchaniu, na razie nie mogę się doczekać poniedziałku. A kolejne 30 zł puszczę w dalszy obieg w dniu premiery płyty Tetrisa, który swoim mixtapem sprzed 2 tygodni zwyczajnie przekonał mnie, że nie pożałuję, jeśli to zrobię. Kupiłbym nawet ten mixtape, gdyby był na cd, ale nie ma i będzie trzeba wydać te pieniądze na coś innego. Np. Na koncert L.u.c.a, który już za miesiąc. Albo na jakiś winyl do samplowania. Bo po co mają leżeć i tracić na wartości?

wtorek, 24 marca 2009

"A ja sobie gram na gramofonie"

Jak już kiedyś wspominałem jestem szczęśliwym posiadaczem gramofonu i niewielkiej kolekcji płyt winylowych. Podczas jego użytkowania Pojawiło się jednak kilka problemów. Po pierwsze: gramofon sam w sobie nie ma regulacji głośności, co za tym idzie przydałby się mikser, do którego mógłbym wpuścić sygnał i wysłać już po ustaleniu głośności na kartę dźwiękową. Po drugie płyty winylowe są nagrywane z podbiciem wysokich częstotliwości i obcięciem niskich, więc znowu pojawia się temat miksera, który dokonywałby odpowiedniej korekcji. Gramofon jest wyposażony co prawda w złącze USB, za pomocą którego wysyła sygnał przetworzony przez własny przetwornik analogowo-cyfrowy i poddany korekcji, jednak pojawia się wtedy problem sporego opóźnienia, które praktycznie uniemożliwia np. nagranie jakichkolwiek scratchy. Z tych dwuch powodów, jak również z kilku mniej ważnych podjąłem dzisiaj dość spontaniczną decyzję. Tak jest, dobrze myślicie: kupiłem mikser.
Sklep, który wziąłem na cel jako pierwszy rozczarował mnie wysoce: nie było w nim ani kabla do moich słuchawek, który również chciałem kupić, ani żadnego miksera do gramofonów. Uderzyłem więc do kolejnego sklepu, którego nazwa jednoznacznie wskazywała na to, że znajdę w nim to, co chcę kupić. Poprosiłem o zaprezentowanie jakiegoś przyzwoitego modelu w wyznaczonym przeze mnie przedziale cenowym i wpadł mi w ręce mikserek Numarka, czyli producenta mojego gramofonu. Jakiś czas później dokonałem jego zakupu, dorzucając jeszcze 2 kable sygnałowe, bez których właściwie mikser stałby bezproduktywnie. Dotarłem do mieszkania, rozpakowałem sprzęt i chciałoby się powiedzieć, że na tym koniec historii. Nic jednak bardziej mylnego. Okazało się, że za mną najłatwiejsza część całej przygody, O ile można nazwać łatwym pozbycie się tak po prostu kilku stów. Rzecz w tym, że mikser ten kompletnie nie przypomina mikserów, z jakimi miałem do czynienia. Oczywiście byłem tego świadomy kupując go, jednak oznaczało to, że muszę w jakiś sposób go rozpracować. I nie byłoby to żadnym problemem, gdyby nie to, że w całym mieszkaniu nie było ani jednej widzącej osoby. Cała zabawa polegała więc na empirycznym poznawaniu efektów działania konkretnych sówaków, pokręteł i przełączników, co nie zawsze było takie proste. Samo podłączenie kabli okazało się, że zacytuję jednego z moich wykładowców, nietrywialne, gdyż złączy było jakby nieco za dużo. Właściwie do teraz nie bardzo rozumiem po co ich tyle i do czego niektóre z nich służą, a ich układ dla mnie jako operatora dźwięku mającego styczność z typowymi mikserami jest po prostu nieintuicyjny. Nie mniej jednak udało się nam znaleść zarówno in jak i out i w mieszkaniu rozbrzmiały dźwięki drugiego Kodexu, oczywiście z winyla. Rozpracowanie pozostałych regulatorów zabrało nam jednak i tak dość sporo czasu, okazało się przy tym, że podłączenie kabli do jednego zestawu outów powoduje, że pewne pokrętło działa, a przy podłączeniu do innego nie działa. Prawdopodobnie któreś z nich to jakiś Aux albo coś w tym stylu, ale jak to jest dokładnie dowiem się dopiero, kiedy pojawi się w mieszkaniu ktoś widzący. Tymczasem, korzystając ze zdobytej przeze mnie wiedzy na temat obsługi miksera idę w ślady panny Janki. Chociaż może nie do końca: jak przyjdzie policja, to na pewno nie powiem, że się boję sam spać.

poniedziałek, 23 marca 2009

"Tylko oryginał ma ten dobry klimat", cz.2

Sporo już czasu minęło odkąd po długich minutach walenia w klawisze opublikowałem pierwszą część tego minicyklu, czas więc stworzyć część drugą, tym bardziej, że zostało jeszcze trochę płyt, o których do tej pory nie napisałem. W związku z tym, że większa część mojej kolekcji to rap, zacznę właśnie od pozycji z tego gatunku.
Najpierw był pierwszy: kilka lat temu, kiedy zaczynałem dopiero poznawać polski rap, na jakimś wyjeździe kumpel pokazał mi jego większą część. Nie całość, bo miał przy sobie tylko odtwarzacz kaset, a na kasecie całość się nie zmieściła albo z jakiegoś innego powodu jej nie było. To co usłyszałem wystarczyło jednak, żeby mnie przekonać, że ten album to klasyk, do którego często i chętnie będę wracał.
Potem był drugi: Ok. 2 lata później, w radiostacji, której wtedy prawie ciągle słuchałem, pojawił się promujący go singiel. Nie ukrywam, że z niecierpliwością czekałem później na cały album. Byłem ciekaw czym tym razem zostanę zaskoczony. Nie zawiodłem się, choć w porównaniu z pierwszym było troszkę słabiej. Jednak jego outro nadal jest jednym z moich ulubionych utworów, nie wspominając już o tym, że nierozerwalnie kojarzy mi się z moim niedawnym, prawie dwuletnim związkiem. Podobne skojarzenia budzą też 3 inne albumy, o których niedługo.
I wreszcie trzeci: Konkurs, zamieszanie, wyniki, zapowiedź, płyta w rok po zapowiadanej dacie premiery... i co? I, jak na tak długi okres czasu, niewiele. Krótko, bardzo monotematycznie, chwilami naprawdę słabo, właściwie poza kilkoma wyjątkami tylko bity powodują, że chętnie tej płyty słucham.
O czym mowa? Zagadka nie była chyba zbyt trudna: White House, trylogia "Kodex". Ok. 2 lata po premierze "Procesu" kupiłem go w oryginale, ale nie mogłem nigdzie znaleść pierwszego Kodexu, co mnie bardzo martwiło. Sporą radość wywołała u mnie informacja o winylowej edycji obu pierwszych albumów i właściwie nie zastanawiając się długo dokonałem ich zakupu, jednak niedawno, kiedy pojawiło się 3-płytowe wydawnictwo z wszystkimi albumami w jednym pudełku również je nabyłem, właściwie przede wszystkim ze względu na pierwszą część. Co prawda to nie to samo, co pierwsza edycja, ale jest oryginał i to się liczy.
Kolejny album to polsko-brytyjski projekt, którego pewnie nigdy bym nie kupił gdyby nie ta pierwsza, polska połówka. Mowa o płycie "Normal magic" zespołu Skillmega. Wzbudziła ona moje zainteresowanie tylko ze względu na bity O.s.t.r.a. I szczerze mówiąc dostałem to, o co mi chodziło, czyli po prostu dobry rapowy krążek, którego lubię posłuchać, bez przełączania żadnego z utworów.
Cokolwiek by nie mówić o moich lekcjach w studio nagrań z czasów technikum wyniosłem z nich jedną bardzo ważną rzecz: poznałem twórczość progresywnometalowej grupy Dream Theater. Tak naprawdę usłyszałem tam tylko jedną płytę, w dodatku nie całą, ale wystarczyło. Dalej już szukałem sam. Udało mi się zdobyć od kumpla prawie całą dyskografię, pozostałe albumy sam zdobyłem, ale w pewnym momencie uznałem, że w przypadku tego zespołu kopie ściągnięte z internetu to za mało. W efekcie mam w kolekcji wszystkie ich albumy, za wyjątkiem pierwszego, który pewnie i tak niedługo kupię. Na szczęście płyty te kosztowały mnie mniej więcej ok. 30 zł za każdą. Gdybym musiał wydać na nie dwa razy tyle pewnie bym się na to nie zdobył. Wyjątkiem był najnowszy album, "Systematic chaos", który kosztował mnie 75 zł, jednak uznałem, że warto wydać te pieniądze na dvd z albumem zmiksowanym w systemie 5.1. Właściwie do dziś wracam najchętniej do płyty "Metropolis pt.2: Scenes from a memory", chyba nie tylko dlatego, że to właśnie tę płytę usłyszałem jako pierwszą. Po prostu podoba mi się najbardziej z całej twórczości zespołu. Najsłabszym albumem jest natomiast wg mnie Falling into infinity.
W pierwszej części Napisałem o "Jazzie w wolnych chwilach", w tej zdążyłem już wspomnieć o "Normal magic", jednak O.s.t.r. ma w swoim dorobku jeszcze sporo innych albumów, a w mojej kolekcji znajdują się prawie wszystkie. Brakuje jedynie "30 minut z życia": nakład 1000 sztuk, premiera 2002 - i wszystko jasne, oraz płyty z Grand Agentem, którą zamierzam kupić.
"Masz to jak w banku" dostałem na CD kiedyś dawno od kumpla, który postanowił mnie zapoznać z polskim rapem. Potem w radiu usłyszałem "Kochana Polsko" i już niecierpliwie czekałem na premierę "Tabasco", który też podrzucił mi ten sam kumpel. Po takich dwuch albumach wiadomość o dwupłytowym "Jazzie w wolnych chwilach" spowodowała, że zacząłem kombinować odpowiednią kwotę na zakup, ale o tym już pisałem. Potem była bardzo surowa i uboga w sample "Jazzurekcja", będąca przy okazji chyba najtrudniejszą w odbiorze serią rymów Ostrowskiego. Album z Emade nie zrobił na mnie większego wrażenia, ponieważ nie lubię bitów tego typu. "7"? To była pierwsza płyta Adama, którą kupiłem w dniu premiery, ale potem podobnie było z każdą następną. Nierozerwalnie kojarzy mi się z nią pewna marcowa impreza, podczas której w Kędzierzynie zagłuszaliśmy Łódź nie szczędząc decybeli i otworzyliśmy dobre kilkadziesiąt butelek browaru, bynajmniej nie poprzestając na otwieraniu. Później "Hollyłódź", którą musiał mi kupić ktoś inny, nie pamiętam już dlaczego. Po odebraniu płytki zrobiłem rip na dysk laptopa, po czym, nawet nie słuchając, pojechałem na dworzec i dopiero w pociągu do Warszawy pochłonęła mnie muzyka. W międzyczasie systematycznie kupowałem poprzednie albumy, których wcześniej nie miałem w oryginale. Pojawiło się "Ja tu tylko sprzątam". Dzień przed premierą ktoś wrzucił do sieci mp3, ale do mnie dotarło tylko kilka kawałków, które zdążył mi podrzucić kumpel, zanim w internacie wyłączono nam o 22 dostęp do internetu. Niezależnie od tego dzień później i tak miałem specjalną edycję w oryginale i uważam, że to jeden z lepszych albumów O.s.t.r.a. Niecały miesiąc temu pojawił się "O.c.b.", po który przyszliśmy z kumplem do sklepu w kilka minut po jego otwarciu i wynieśliśmy stamtąd 3 egzemplarze płyty, rezerwując czwarty. Zgodnie z tradycją po powrocie do mieszkania włączyłem album i nie było mnie dla nikogo przez ponad godzinę. W moim odczuciu album słabszy od poprzednika, ale na pewno nie słaby. Zresztą może jeszcze się do niego bardziej przekonam, bo niedługo koncert O.s.t.r.a w Krakowie i czas się pouczyć tekstów, a co za tym idzie przesłucham tą płytę jeszcze wiele razy.
Kiedyś, dawno temu, usłyszałem singiel z ich pierwszej płyty. Potem właściwie nie miałem z ich muzyką do czynienia przez długi czas, większości utworów w ogóle nie znałem, nie mogłem się po prostu zabrać do przesłuchania ich 3 albumów w całości. Nie wiem, czy w ogóle to zrobiłem zanim miałem okazję je przesłuchać podczas mojego pobytu w Stalowej Woli. Właściwie przesłuchać to mało powiedziane: w sumie słyszałem je podczas wszystkich moich przyjazdów dobre kilka albo kilkanaście razy, praktycznie nauczyłem się ich tam na pamięć. Mowa o twórczości zespołu Akurat, która podobnie jak outro z drugiego kodexu nierozerwalnie kojarzy mi się z moją byłą dziewczyną. Na tyle nierozerwalnie, że po rozpadzie związku postanowiłem kupić wszystkie 3 albumy i traktuję je jako coś w rodzaju pamiątki. Czwartego nie kupię, skutecznie zniechęciła mnie do tego zmiana wokalisty. Nawet przesłuchanie albumu nie pomogło, a wręcz przeciwnie. Strach pomyśleć jak musi brzmieć na koncertach np. "Hahahaczyk". Powiecie, że nie jest tak źle? Akurat.

wtorek, 9 grudnia 2008

Nie Readingować!

No i chyba się nie powstrzymam. Ja wiem, że już powstało kilka podobnych tekstów, wiem, że (jak widać na załączonym obrazku) nie dotarły one najwidoczniej do tych, do których dotrzeć powinny, ale i tak się nie powstrzymam i napiszę. Może przynajmniej ktoś się pośmieje, choć ja sam nie wiem na ile to śmieszne, a na ile tragiczne.
Wszystko zaczęło się od tego, że przeczytałem opis jednej z osób na mojej liście kontaktów. A brzmiał on: zmęczona :( don't disturb ... only one person can write :). Pozwoliłem sobie zacytować w całości, mam nadzieję, że prawo autorskie nic nie mówi o opisach w sieciach IM. Nasunęły mi się 2 spostrzeżenia. Otóż po pierwsze: nie wiedzieć czemu pierwsze słowo jest po polsku, a cała reszta po angielsku. Czyżby koleżanka nie wiedziała jak się mówi po angielsku "Zmęczona"? Zainspirowany przez kolegę postanowiłem wspomóc autorkę opisu, nie wychylając się jednak. Wysłałem jej tłumaczenie słówka dokonane przez infobota. Było tego coś 14 różnych alternatyw. W odpowiedzi dostałem "?", grzecznie więc wytłumaczyłem, że cokolwiek dziwnie wygląda opis z jednym słowem po polsku i całą resztą po angielsku, a ja, jako dobry kolega postanowiłem przesłać jej tłumaczenie tego jednego słowa, żeby mogła poprawić. Okazało się jednak, że ona woli tak, jak jest. No cóż, o gustach się nie dyskutuje. Tutaj jednak drugie spostrzeżenie: opis po przetłumaczeniu brzmi: "Nie przeszkadzać. Tylko jedna osoba może pisać." Moje pytanie brzmi: Co, jeśli ktoś nie zrozumie tego opisu i nieświadomie przeszkodzi? Zostanie uraczony pytaniem: "A Ty co? Po angielsku nie rozumiesz?" A może koleżance chodzi o to, że jest tak zmęczona, że może rozmawiać tylko z jedną osobą naraz? Na taką uwagę otrzymałem w odpowiedzi jakże pozytywne i przepełnione wiarą w wykształcenie Polaków zdanie: "Ludzie rozumieją takie wyrażenie jak "Don't disturb"". Zostałem rozbrojony. Nie pozostało mi nic innego jak też "Don't disturb".
Czy to jest "fajne"? Czy w dzisiejszych czasach są w tym kraju jeszcze ludzie, którym imponuje umiejętność złożenia prostego zdania po angielsku? Ja bym bardzo prosił o jakieś wyjaśnienie o co chodzi z tą modą, bo naprawdę jej nie czuję. Chociaż może i ma ona jakieś plusy. Np. jest się czasem z czego Laugh.

piątek, 28 listopada 2008

"Na start się nastaw"

Ok 2,5 roku temu znalazłem gdzieś informację o konkursie organizowanym przez duet producencki White House. 3 bity do wyboru, a na zadanie napisać i nagrać zwrotkę pod jeden z nich. Tekściarz ze mnie żaden(czasem po godzinie pisania mam zaledwie parę wersów), wiele nie rymowałem, więc styl i flow też nie są mistrzowskie, ale postanowiłem przynajmniej spróbować. Tekst powstawał 4 dni (oczywiście z przerwami), w dosyć odosobnionym miejscu, jakim była szkolna radiola, w której swego czasu miałem nawet autorską audycję rapową. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie seria przeróżnych przeciwności losu, jakie mnie nękały od tego czasu próbując uniemożliwić mi zarejestrowanie tego tekstu w formie dźwiękowej.
Planowałem nagrać tą zwrotkę w szkolnym studio nagrań, co okazało sie niemożliwe, gdyż najpierw nauczyciel nie pojawił się w ogóle na lekcjach, a tydzień później nie było czasu. Nagranie na własną rękę? Hmm, przez jakiś czas wykluczałem taką opcję: zdechł mi komputer i musiał zostać wysłany do serwisu, poza tym nie miałem na oku miejsca o odpowiedniej akustyce i odpowiednio wytłumionego. O ile dobrze pamiętam wypożyczenie laptopa zaoferował mi jeden z moich przyjaciół, miejsce natomiast wynalazł mój były wychowawca. Byłoby jednak zbyt pięknie, gdyby od tego momentu wszystko szło dobrze.
Najpierw okazało się, że kabel łączący kartę dźwiękową z komputerem uległ w niewyjaśnionych okolicznościach uszkodzeniu skutkującemu nie działaniem. Trzeba było kupić nowy. Tylko za co? Byłem totalnie bez grosza, a tu tak z 1500 tych groszy było trzeba. Z pomocą przyszła jedna z moich nauczycielek, która chyba mimowoli usłyszała moją rozmowę z kimś na ten temat i po prostu postanowiła mi pomóc. Stała się więc kolejną osobą, dzięki której cała sprawa w ogóle doszła do skutku. Dokonałem zakupu i niczego nie podejrzewając zaatakowałem pokoik, który "wynajął" mi na czas nagrania wychowawca. Instalacja sterowników, sekwencera audio/midi i podłączenie sprzętu o ile pamiętam przebiegło bez większych trudności. Ciekawe rzeczy zaczęły się natomiast dziać w trakcie samego nagrania. Wystarczyło, że zaakcentowałem jakieś słowo, a mikrofon obcinał głośność. Okazał się niestety uszkodzony (jakżeby mogło być inaczej? Jak wszystko to wszystko). Nie pamiętam już teraz czy udało mi się go tak wysterować, że nie skrzywdził mojego wokalu, czy też zastąpiłem go innym, słabszym, dość, że kiedy skończyłem rymować z pełną świadomością, że się udało nie bardzo chciało mi się w to uwierzyć. Niniejszym więc upubliczniam i tak już dawno upubliczniony rezultat trudów opisanych wyżej.

poniedziałek, 24 listopada 2008

"Coś jak szachów partia"

Na szczęście od jakiegoś już czasu nie jestem studentem wydziału Fizycznego na AGH. Operacja "transfer studenta Witolda S. na wydział elektryczny" zakończyła się powodzeniem. Tak więc cel osiągnięty, choć trochę okrężną drogą.
Już jako student informatyki stosowanej na tzw. samogłoskach siedziałem sobie dziś na wykładzie z podstaw informatyki. Przez pierwsze 30 minut była to praktycznie jedyna wykonywana przeze mnie czynność, nie licząc może napisania kilku słów do kolegi na gadu (cudowne wifi:P). Zmiana nastąpiła w momencie, gdy prowadzący uruchomił program do gry w szachy. Na początku myślałem, że pokazuje jakąś konkretną pozycję, żeby na jej przykładzie omówić działanie algorytmów rekurencyjnych (temat całego wykładu), jednak gdy uzyskałem od kolegi siedzącego obok informację, że jesteśmy w pozycji startowej zacząłem się koncentrować na tym, co się działo. Toczyła się więc partia: IS rok I - Komputer. Po dwuch posunięciach z obu stron postanowiłem, że podrzucę swoją propozycję ruchu: zagramy partię Hiszpańską. Propozycja przeszła, jednak wykładowca albo nie znał dobrze tego debiutu, albo po prostu wolał nie wchodzić w bardzo złożone pozycje, jakie powstają w jego głównym wariancie. Wytłumaczył więc ładnie, że ten główny wariant jest be, po czym zagrał wariant wymienny, w nienajlepszej niestety odsłonie. Oczywiście celem gry było ukazanie działania algorytmów rekurencyjnych, nie zaś sama wygrana, nie mniej jednak odzywa się tu u mnie zmysł szachisty i stąd te komentarze. Gra toczyła się dalej, komputer zdobywał coraz większą przewagę. W pewnym momencie podrzuciłem jakieś posunięcie, przyjmijmy, że Wieża E1. Wykładowca odliczył pole i grzecznie zapytał: Tutaj? Cóż było robić, trzeba było powiedzieć: Nie wiem, nie widzę. W sumie szkoda, że nie miałem możliwości zobaczyć reakcji ludzi, którzy to usłyszeli:P.

PS: Daleko mi do przechwalania się moimi umiejętnościami typu gra w szachy w pamięci, w której zresztą jest wielu mocniejszych ode mnie. Post ten miał za zadanie ukazać komizm konkretnej sytuacji i o taki odbiór proszę.

piątek, 21 listopada 2008

4 galaktyki na jednej planecie

Postanowiłem uczcić dziś fakt, iż na moje konto po długim oczekiwaniu wreszcie wpłynęły pieniądze zwane stypendium. Większa ich część i tak z niego wypłynęła w niewiarygodnym wręcz tempie (siedziałem przy komputerze i spłacałem dług za długiem),jednak część się ostała. Miejscem uczczenia owego wpływu stał się (w nawiasie: a jakże) sklep muzyczny. Pierwszy z dwuch, w jakich byłem niestety nie zarobił na mnie, a wszystko dlatego, że na postawione przeze mnie pytanie: "Czy mają państwo nową płytę L.u.c.a" uzyskałem odpowiedź bardzo przeczącą. Bardzo, bo państwo w ogóle tej płyty nie mieli, ani wtedy, ani nigdy wcześniej. Uderzyłem więc wraz z kolegą do drugiego sklepu i tutaj już odpowiedź na to samo pytanie była zdecydowanie bardziej optymistyczna. Padło pytanie o koszt, padła i odpowiedź, więc, z albumem w ręku, grzecznie pomaszerowałem do kasy. Po powrocie do domu prawie natychmiast wrzuciłem płytę do komputera i odpaliłem jedyny utwór, którego nie miałem jeszcze okazji przesłuchać (album jest dostępny na myspace L.u.c.a). A tytuł jego jest "O dziewczynce, która urodziła drukarkę". Prawie od razu zrozumiałem dlaczego nie było go na myspace: L.u.c opowiada po prostu w bardzo pokręcony sposób fragment historii, która - jak mi się wydaje - zawarta jest w książce będącej częścią tego albumu. Myliłem się jednak myśląc, że ta historia jest pokręcona: to był dopiero wstęp. Wpadłem bowiem na genialny pomysł obejrzenia filmu (trzeci element albumu). Jeżeli tamten utwór był pokręcony, to film nie mieści się dla mnie w jakiejkolwiek skali. Mamy np. prezentację ogrodu projektowanego dla bogatych, samotnych ludzi. Ogród jak ogród, tyle, że są w nim sztuczni ludzie, którymi można sterować za pomocą... no, za pomocą czegoś. Oczywiście to nie jest najdziwniejszy wkręt w całym filmie, ale po pierwsze oglądałem go bez wsparcia osoby widzącej, co za tym idzie miałem tylko odbiór słuchowy, a po drugie nie chciałbym zepsuć "przyjemności" oglądania komóś, kto się zdecyduje na tak nieodpowiedzialny krok. A propos: ktoś chętny?